poznaj, zaakceptuj, zostań,

Arkana smutku

Arkana smutku to tylko wierzchołek góry lodowej, która została spowodowana jednym wydarzeniem, wstęp do większej całości. Swoisty prolog nastawiony na opisanie zmian, jakie zaszły w Remusie Lupinie, głównej postaci i narratorze.
Co wydarzyło się później? Esencja strachu, bo potem był tylko strach.

Rozdział pierwszy - "Smak goryczy": wstęp, część pierwsza, część druga
Rozdział drugi - "Kula światła": część trzecia, część czwarta, część piąta
Rozdział trzeci - "Arkana smutku": część szósta, część siódma.

Powrót

Wstęp

czwartek, 13.maja.2010, 14:22
— Szlag!
Krew nam zakrzepła w żyłach, gdy zobaczyliśmy, co stało się owocem naszego żartu. Małego żartu. Zwykłego kawału, który miał dać satysfakcję Syriuszowi.
Teraz już nie bawił.
Wstrzymałem oddech i spróbowałem przełknąć ogromną, rozżarzoną kulę strachu, która nieznośnie gniotła mnie w gardle. Nagle zaschło mi w ustach, chociaż czułem w nich też coś innego. Dziwaczny, metaliczny posmak. Jakbym...
— Na Merlina, co zrobiliśmy... — szepnął James ochrypniętym, zdumionym głosem, a ja modliłem się tylko o to, by przestało mnie mdlić. Gdy złapałem się za brzuch gestem, jakbym chciał uspokoić rozdygotany szokiem oraz strachem żołądek, Syriusz posłał mi zmartwione spojrzenie. Było tak bezradne i przygaszone, że przestałem się martwić, ale zaraz zacząłem myśleć nad sprawą zdecydowanie ważniejszą, poważniejszą — co się z nami stanie.
— Cicho. — Black spojrzał na mnie nagle tak stanowczo i pewnie, że aż się wzdrygnąłem. — Spokojnie. Musimy się uspokoić. Inaczej zrobimy coś głupiego...
— My JUŻ zrobiliśmy coś głupiego — syknąłem poirytowany; aż zdziwiłem się, że byłem w stanie powiedzieć cokolwiek tonem innym niż przerażonym. Wyszło na tyle dosadnie, że przez moment w jego oczach odbijała się cząstka zakłopotania, ale natychmiast otrząsnął się i zacisnął usta. — Spójrz tylko!
Jak na komendę wszyscy spuściliśmy głowy. Widok nas przytłoczył, poczułem, jak coś ścisnęło mnie żelaznymi obcęgami w piersiach; byłem pewny, że nikt na pewno nie chciałby czegoś takiego ujrzeć, nawet jeżeli miałby nerwy ze stali — być może wyłączając Śmierciożerców, ale przy ich łaknieniu krwi czarodziejów oraz ludzi niemagicznych... Czy cokolwiek mogło ich zdziwić lub zniesmaczyć, czy w ogóle dręczyło ich coś takiego jak poczucie winy? Wątpiłem.
Masa zaschniętej, ciemnobordowej krwi na dębowych, starych deskach. Gdzieniegdzie strzępy rozszarpanego mięsa, które zdążyło już zacząć powolny rozkład; miejscami dało się dostrzec nieco brudną, kremową biel kości. Kłęby czarnych włosów, smętnie wyglądające fragmenty czarnej szaty w srebrno-zielone detale. Ułamana różdżka na drugim stopniu schodów, zaraz obok wytartych na nich świeżo śladach, groteskowo bijących ostrością wśród tumanów kurzu. Tuż obok kominka leżał nadgarstek ze sterczącym w górę kciukiem.
Przeraziło mnie, że tylko dwa dni wystarczyły, by wydzielał się tak okropny zapach stęchlizny — a w dodatku, że tak niewiele zostało... Wolałem nie rozmyślać, nawet nie kierować myśli w nurt, dlaczego, co się z nim stało. Wiedziałem jednak, że to nie winą dzikich zwierząt była tak mała ich ilość — nie miały przecież dostępu do Wrzeszczącej Chaty, odkąd zabito ją na głucho...
Ze wstrętem patrzyłem na to wszystko. Krew przynajmniej zdążyła zaschnąć i wsiąknąć w podłogę, szczątki przyciemniały aż do głębokiego brązu, mniej zauważalne na tle drewna tego samego odcienia. Mimo wszystko fakt przejścia pełni wprawił mnie w fatalny nastrój, pewne niebłogie odrętwienie, ale i wyostrzenie zmysłów, emocji. Wolałem nie rozmyślać, jak mógłbym zareagować na podobny widok tuż po, ze świadomością, że ja go zj...
Przez moment zakręciło mi się w głowie; myślałem już, że upadnę na t ę krew, j e g o krew, i stałoby się tak z pewnością, gdybym nagle nie znalazł oparcia w ramieniu Syriusza, który zareagował natychmiast i podtrzymał mnie, gdy pewnie ujrzał nagle bladość mojej twarzy oraz pociemniałe oczy.
— Boże... Ja to zrobiłem — szepnąłem, a mój głos nagle załamał się. — To ja. M-moja wina. — Zacząłem się jąkać. Dlaczego uderzyło to we mnie tak nagle? — Boże, Boże, Boże! Ja go rozsz...
— Ciii. — Usłyszałem cichy, kojący szept Syriusza. — Coś wymyślimy.
— Ja... Ja nie miałem z tym nic wspólnego! To nie moja wina! — krzyknął nagle Peter, wcześniej stojący gdzieś w głębi pokoju, tuż przy obdartej z tapety ścianie albo schodach. Teraz raptownie odżył, jakby się ocknął z głębokiego letargu. — T-to Syriusz! To on wymyślił ten żart! On powiedział Smarkeriusowi, że...
— Glizdek, uspokój się! — warknął James tak karcącym tonem, że Peter aż zmalał z wrażenia. Poznałem go po bardzo niskim głosie, bo znowu czerń wstąpiła mi przed oczy. Nie zemdlałem jednak, a poczułem dziwaczne mrowienie, które roznosiło się jakby wraz z krwią płynącą mi w żyłach i które dążyło od palców stóp aż do głowy, a wtedy kolejną falę mdłości. Gdy odetchnąłem głęboko, ciemne plamy powoli zniknęły. Peter patrzył na nas, wskazując drżącym palcem, jakbyśmy tylko my byli winni. — Stało się, wiemy! Ale zamieszani jesteśmy w to wszyscy!
— Jeden za wszystkich... — podszepnął Syriusz.
Dzięki ich obecności, mimo że narażali się tak bardzo, przybierając postaci zwierząt w biały dzień i przychodząc tu ze mną, nawet pod peleryną niewidką, czułem się o wiele lepiej. Jakby chociażby kilogram zszedł z tony mojego poczucia winy, co i tak wiele dla mnie znaczyło. Wiedziałem, że czyniłem nierozważnie, namawiając ich do tego i nie czekając nawet na nadejście nocy, jednak...
— Wszyscy za jednego, dokładnie — dokończył Rogacz, podchodząc do Petera i patrząc mu pewnie w oczy. Gdy położył mu pocieszająco dłoń na ramieniu, ten wzdrygnął się, ale i kiwnął głową.
— D-dobrze. Ale co teraz zrobimy? Stary Dumbledore domyśli się, że to my, przecież wiedział, że teraz wypada pełnia, i... — zaczął, a słowa spływały mu z ust lawiną. To zawsze tworzyło zaskakujący kontrast z jego codziennym milczeniem i kryciem się w naszym cieniu. Dlaczego stres zawsze sprawiał, że był bardziej elokwentny? - przemknęło mi przez myśl. — Wyrzuci nas — dokończył niepewnie.
— Nikt nikogo nie wyrzuci. Bo nikt się nie dowie. — Black odpowiedział hardo głosem nieznoszącym sprzeciwu. Jak zachowywał powagę w takiej sytuacji, nie wiedziałem i bardzo żałowałem, że sam nie potrafię ukoić myśli. — Wymyślimy coś, a nawet już wiem, co możemy zrobić. — Jego ciemnobrązowe, nonszalanckie spojrzenie przebiegło szybko w kierunku podniszczonego już kominka, który zdawał się dominować w tak pustym pomieszczeniu.
Nie znajdowało się w tutaj nic poza nim, schodami na piętro oraz kilkoma zabitymi deskami oknami. Wrzeszcząca Chata była najsmutniejszym miejscem, w jakim się kiedykolwiek znalazłem, chociaż jego przeznaczenie idealnie pasowało do wyglądu oraz klimatu — ponure, zniszczone, trzeszczące bez powodu, słowem opuszczone i uważane za nawiedzone. Perfekcyjne miejsce ukrycia szalejącego wilkołaka i paru jego przyjaciół. Zawsze wydawały mi się kpiącym żartem ornamenty wokoło paleniska oraz króle poręczy, które przedstawiały sylwetki jeleni oraz łań wplecionych w łańcuchy łodyg winogron.
Do niedawna nikt poza nami się do niej nie zapuszczał, teraz jednak... Przez nieprzemyślany kawał!
Wzdrygnąłem się któryś raz kolei. By znowu chociaż na chwilę odwrócić myśli, powiodłem za jego wzrokiem i, mimo ogarniającego mnie szoku oraz przerażenia, domyśliłem się szybko, o co mu chodzi.
— Transmutacja to wspaniała nauka — mruknął ostentacyjnie, wskazując różdżką trzymaną w lewej dłoni pozostałości po ciele Ślizgona. — A więc, jeżeli dalej nie wiecie, o co mi chodzi — posłał spojrzenie z odrobiną politowania i niecierpliwości Peterowi, który już rozdziawił usta — dlaczego by nie zamienić w drewno i spalić w kominku? Można by je zakopać w Zakazanym Lesie, ale po co się męczyć? I tak na zewnątrz szaleje ulewa, więc dym nie będzie widoczny, nie? A poza tym Chata jest tak oddalona od wioski, że na pewno nikt by się nie zorientował, że ktokolwiek rozpalił ogień. — Wzruszył ramionami. — Popiół rozsypiemy po podłodze, odrobina kolejnej warstwy brudu na pewno nie zaszkodzi.
— Genialne! — szepnął James. — Wolę nie pytać, jakie masz doświadczenia z braciszkiem, skoro taki pomysł wpadł ci do głowy bez problemu. — Uśmiechnął się kpiąco, gdy zaklęcie transmutacji przemieniło okrwawione szczątki mięśni i ścięgien w grubociosane bale drewna orzechowego.
— Och, żaden problem. — Black uśmiechnął się pod nosem. — Remus, wszystko w porządku? — zapytał mnie, a ja zorientowałem się, że jego dłoń ponownie lekko objęła mnie w pasie, jakby się bał, że znowu zrobi mi się słabo.
— Tak — skłamałem. Co miałem innego powiedzieć? Że właśnie zawalił się cały mój świat, nadzieje i plany na przyszłość? Wszystko, co zdążyłem już przemyśleć nagle stało się nieistotne lub nieważne, bo jak mógłbym być chociażby magomedykiem, żyjąc ze świadomością, że zabiłem innego ucznia?
Skinął głową, patrząc na mnie badawczo. Ale odparł jedynie:
— Myślę, że na razie nie ma czego roztrząsać. Wracajmy jak najszybciej do zamku, zanim w dormitorium ktokolwiek spostrzeże, że nas nie ma.
Znowu zerknął na mnie ostrzegawczo, potem powiódł wzrokiem ku Jamesowi i Peterowi, jakby ich też chciał ostrzec przed czymś. Być może miał rację, być może w jego stwierdzeniu krył się sens, jednak ja poczułem się dotknięty, jakby coś w duszy znowu zapaliło się męczącym płomieniem, że tak łatwo panował nad sobą i chciał na razie t ę sprawę odłożyć na bok.
— Potem będzie czas na poczucie winy, smutki i rozważanie wszystkiego, jasne?
W milczeniu tylko skinęliśmy.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


5 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Konto usunięteczwartek, 13.maja.2010, 15:19
79.139.54.10

Ależ klimat!

I Lupin - mój ukochany Lupin.

Zaznaczona w prologu historia jest niezwykle intrygująca. Już nie mogę doczekać się kolejnej części, którą przeczytam z ciekawością. Jeśli to nie będzie dla Ciebie problem, prosiłabym o poinformowanie o kolejnym rozdziale.

Pozdrawiam!

iamx Giwiczwartek, 13.maja.2010, 15:22
83.168.106.57

KOCHAM CIĘ!
:*

hogwart-mystery hogwart-mysteryniedziela, 16.maja.2010, 14:18
87.116.252.172

O matko.
Na tym w zasadzie powinnam zakończyć, bo na więcej mnie nie stać.
To co przed chwilą przeczytałam było po prostu niesamowite. Wielki szacun za pomysł i jego wykonanie. Lupin, biedny Lupin.
Pokazałaś całkowicie inne spojrzenie na całą tę historię. Szalenie mnie zaciekawiłaś. Czekam z niecierpliwością na jakiś ciąg dalszy.

Coco

WahCarCheef WahCarCheef.czwartek, 16.czerwca.2011, 08:20
123.125.156.92

I just sent this post to a bunch of my friends as I agree with most of what you’re saying here and the way you’ve presented it is awesome.

mekSeicheErek mekSeicheErek.wtorek, 28.czerwca.2011, 07:47
123.30.187.125

Thank You For This Post, was added to my bookmarks.



inni

artefakty, grzechy ojców, deicide, kroniki, pater noster, crescendo, papieżyca, tik-tak, morbid, collision, ja, mugol, Annie, krople; lorem ipsum.

okładka

całość, którą można tu zobaczyć, wykonała autorka. pan Bale.