Dwójka pojawia się z małym opóźnieniem - planowałam wrzucić w czwartek lub wczoraj, ale wyszło, jak wyszło.
Przy okazji, chciałabym zareklamować tłumaczenie, które obecnie popełniamy ze znajomą - Zapiski Severusa Snape'a w wersji żartobliwej, pierwsza część już jest, naprawdę polecam ;)
Zainteresowanych informowaniem o kolejnych rozdziałach proszę o wpisanie się do księgi gości, byłoby to dla mnie ogromne ułatwienie.
Enjoy!
Życie toczyło się dalej.
Choć mi się wydawało, że stłukłem zmieniacz czasu i utknąłem, jakbym przeżywał jeden i ten sam dzień, niezmienny i bury — wszystko toczyło się dalej.
Poza tym, co odczuwałem, zmieniło się także to, jak postrzegałem rzeczywistość; może to przez fale duszącego poczucia winy, które raz zalewały mnie, by później odejść i zostawić mnie na moment niemal ogołoconego z uczuć, ale i wrócić, gdy najmniej byłem na to gotowy.
Wszystko wydłużyło się w jeden, nieznośnie długi dzień. Zacząłem dostrzegać, jak moje życie było i jest bezbarwne, począwszy na siedzeniu w klasach i pisaniu referatów na tematy, których i tak miałem nigdy nie wykorzystać, aż po wieczory w Pokoju Wspólnym. Raz na jakiś czas pojawiały się wydarzenia, które wybijały się z tego rytmu — jak rozmowa z McGonagall czy oficjalne ogłoszenie zaginięcia Snape’a na którejś z kolacji. Potem było tylko więcej bólu, niepokoju w oczach chłopaków, krąg się zamykał.
Ale tego meczu Quidditcha nie mogłem zapomnieć.
Środek listopada przyniósł ze sobą kłębowiska chmur, które nadciągnęły znad Anglii, by zadomowić się tuż nad zamkiem Hogwart i okolicami. Wraz z nimi temperatura spadła i było tak zimno, jak nigdy wcześniej o tej porze roku, i zaraz wszyscy powyciągaliśmy z kufrów swetry, które zazwyczaj zakładaliśmy dopiero zimą. Błonia zamieniły się w błotniste jeziora, a siekające ziemię krople padały tak zacięcie, że z okien Wieży Gryffindora wyglądały jak gęsta mgła. Raz nawet spadł śnieg, zupełnie niespodziewany gość, który jednak zniknął równie nagle, jak się pojawił — niezwykle mokry i ciężki, cienką warstwą przykrył drzewa w Zakazanym Lesie. Na tę chwilę Hogwart przypominał upstrzoną bielą Królową Śniegu, jednak wkrótce zaczęło siąpić i urocza biel przegrała z burym i dżdżystym ziąbem. Kolorowe liście zdążyły już nawet zbrunatnieć. Pogoda była jakby niezdecydowana, zupełnie nieprzewidywalna, i bynajmniej nie cieszyła nikogo.
Zaszyliśmy się w Pokoju Wspólnym i, jak większość uczniów, z nikłą nadzieją wyczekiwaliśmy soboty — a w przypadku Syriusza i Jamesa meczu z Krukonami.
Dla mnie był to dzień swoistego wyciszenia; wszystkie emocje nagle wyblakły, ale wciąż czułem dziwny ciężar na piersi. Wiedziałem, że to tylko chwilowe, że niedługo zostanę przytłoczony z jeszcze większą siłą, ale nie mogłem nic zrobić, czekałem. Nawet zaczynałem się do tego przyzwyczajać.
— Świetnie! W taką pogodę to możemy zapomnieć o wygranym meczu. — Black ze złością podarł pergamin. Widniało na nim dość ładne, prawie kaligraficzne pismo — zapisany początek referatu o paktach z olbrzymami w XIII wieku. James tylko zerknął z konsternacją na zmięty kawałek papieru, który zaraz został rzucony tuż obok kominka, na straconą godzinę ślęczenia nad książkami o traktatach między czarodziejami i magicznymi rasami.
— Przestań, mam dość tego deszczu… Do diabła z taką grą, ile może lać?
— Długo — mruknął z przekąsem pulchny chłopak o wodnistych oczach. — Współczuję wam. Nie zazdroszczę grania w deszczu — dodał z niemal dobrze udanym przekonaniem, choć i tak każdy wiedział, jak bardzo chciał grać w reprezentacji Gryffindoru. Był jednym z tych, którym faktycznie brakowało umiejętności i zwinności, ale mimo to naprawdę rozczarowało go, gdy kandydatura na pałkarza została odrzucona nawet przed rozpoczęciem sprawdzianów na wyłonienie nowych członków drużyny.
Syriusz potarł twarz dłońmi i ziewnął.
— Tak czy inaczej, naprawdę mamy przewalone. Krukoni są ogólnie słabi, ale…
— …ale radzą sobie w deszczu, wiemy — rzucił James znad swojego wypracowania. Nie spojrzał nawet na Syriusza, pochłonięty pracą, poprawił tylko okulary i pisał dalej.
Nie wiedziałem, skąd wziął się jego nagły zapał do prac domowych, jednak przeczuwałem, że po prostu był to jego sposób na problemy. Każdy radził sobie z nimi inaczej, a on akurat rzucał się w wir książek i kolejnych stóp prac, zupełnie odwracając uwagę od tego, co było ważniejsze. Peter zrobił się milkliwy i cichy, ja… Cóż, nie radziłem sobie. Tylko Syriusz zachowywał się niemal tak samo, jak wcześniej. Chociaż może po prostu dobrze grał? Może nie bez powodu unikał tematu za wszelką cenę i zaczynał rozmowy o czymkolwiek innym? Coraz rzadziej pytał mnie, jak się czuję, zastąpił to pełnymi niepokoju zerknięciami — i milczał.
— Tak… Już nawet nie mam do tego siły — podsumował, odrzucając z rozmachem książkę, którą wcześniej trzymał otwartą na kolanach, i wyciągnął się w fotelu. — Nie wiem, jak jutro damy sobie radę.
— Przestań narzekać, to tylko gra — przerwałem mu. Zerknął na mnie jakoś dziwnie, ale szybko otworzył „Magiczne pakty i ugody” na pierwszym lepszym rozdziale i skierował wzrok na stare, pożółkłe strony księgi. Westchnąłem tylko, czując się nieswojo, bo pierwszy raz zdarzyło mi się, by Syriusz tak zareagował na cokolwiek, co powiedziałem, ale co miałem zrobić? Wyrzucić mu, że w pewien pokrętny sposób mnie to zabolało? Wierzyłem, że gdzieś tam odczuwa taki sam ból, jak my, nie chciałem dokładać mu zmartwień.
Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia w kominku i zgrzytaniem pióra. Pokój opustoszał niemal doszczętnie, poza nami i parą siódmoklasistów obściskujących się w kącie wszyscy gdzieś się rozeszli.
— Wiecie… — Usłyszałem przepełniony niepewnością głos Syriusza. Zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok od płomieni; za mną podążył James, patrzący znad szkieł okularów na Syriusza z niemałym zdziwieniem, i Peter z półotwartymi ustami.
— Co?
Pierwszy raz od kilku dni strach i zmartwienie były wypisane na jego twarzy. Zdziwiłem się. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że coś w nim pękło.
— Nie, nic. — Szybko otrząsnął się, przeczesał dłonią czarne włosy i zaraz przywołał na twarz uśmiech. Patrzyłem na niego zupełnie nieprzekonany tą nagłą zmianą, ale on tylko wzruszył ramionami i rzucił mi spojrzenie, którego nie potrafiłem rozszyfrować.
— James, dasz mi przepisać chociaż kawałek swojego wypracowania, no nie?
Gdy rozległ się pierwszy grzmot, po trybunach poniósł się cichy pomruk zawodu i trzask rozkładanych parasoli. Słońce, które wychyliło się na chwilę zza chmur, znowu zniknęło za kłębowiskiem, zabierając nam tę odrobinę ciepła; zaraz chłodny wiatr stał się naprawdę nieznośny i skuliłem się na ławce w sektorze Gryfonów, tak bardzo pragnąc być gdzie indziej. Ale nie mogłem — był to znaczący mecz i nie mogłem tego zrobić Jamesowi i Syriuszowi, nie zważając na to, co czułem. Byłem im winny chociaż tę odrobinę zaangażowania i wsparcia.
Mimo pogody godnej wyłącznie negatywnych emocji — zebrali się niemal wszyscy Gryfoni. Nad naszym sektorem falowały czerwonozłote szaliki, rozlegały się krzyki i piski, gdy ścigający obu drużyn bili się o kafla, a James i Matthew Hyneman, ponury i krępy Krukon, prześcigiwali się w poszukiwaniach znicza. Siedziałem w przedostatniej ławce, mając obok siebie kilka rozchichotanych drugoklasistek z maślanymi oczami śledzącymi popisy Syriusza.
— Dziesięć punktów dla Krukonów! Tak, to był naprawdę świetny strzał! — Rozległ się głos komentatora. — Oby padło więcej takich pięknych bramek!
Kibice Krukonów starali się krzyczeć jak najgłośniej w sektorze naprzeciw i wspomagali ich nawet niektórzy Ślizgoni — tak bardzo chcieli, byśmy przegrali. Mimo że nie byłem fanem Quidditcha, obawiałem się, że nasza drużyna — zazwyczaj świetna, jednak nie do końca potrafiąca dynamicznie grać podczas ulew — faktycznie może zostać pokonana.
Tymczasem na boisku robił się coraz większy ruch — i gra robiła się coraz bardziej brutalna. Nie wiedziałem, gdzie zwrócić oczy — na Jamesa krążącego teraz tuż nad samą ziemią czy na Syriusza, który niemal został strącony z miotły przez tłuczek.
— Mogę? — Usłyszałem nagle nad swoim lewym barkiem. Aż podskoczyłem i w zdziwieniu odwróciłem głowę. I spodziewałbym się być może każdego, ale nie jej.
Lily Evans patrzyła na mnie z niepewnym uśmiechem, chowając się pod fioletowym parasolem.
Skinąłem głową.
Lily, ze względu na Jamesa i jego niezbyt udane próby przekonania jej do siebie, unikała nas wszystkich. Bez wyjątku. Być może i siedziałem sam, bo nad Peterem uniosło się fatum choroby i miał spędzić ten dzień w Skrzydle Szpitalnym, ale wciąż dziwiła mnie jej obecność. Choć może przesadzałem? Popadałem w paranoję?
Uśmiechała się, chociaż widziałem po twarzy, że daleko było jej do radości. Miała chorobliwie bladą cerę i nieco opuchnięte oczy, jakby po całonocnym płaczu. I przeczuwałem, że jego przyczyną byłem ja — przyjaźniła się z Severusem przez całe lata, więc czy mogła coś zmienić sytuacja nad jeziorem? Wątpiłem, a teraz miałem niemal namacalny dowód, że martwiła się i bała. Nie mogło chodzić o nic innego, jak o ostatnie wydarzenia…
— Co… Co tam słychać, Remusie?
Popatrzyłem na nią, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Skierowała na mnie swoje zielone, głębokie jak studnia bez dna spojrzenie, aż poczułem straszne ukłucie w piersiach.
— W porządku — wymamrotałem bez przekonania. — Co u ciebie?
— Też dobrze — westchnęła cicho, ale zaraz uśmiechnęła się, jakby przypomniała sobie, że nie chce okazywać emocji. Taka była. Otwarta i przyjazna, ale uczucia zachowywała dla siebie, nie dzieliła się nimi nawet z przyjaciółkami. — Chociaż… Sam wiesz, Remusie, to naprawdę trudne, co dzieje się teraz. Po prostu… Każdy się boi.
Odwróciłem wzrok na boisko i podających sobie błyskawicznie kafla ścigających Gryffindoru, a ona, widząc to, dodała:
— Och, wiesz, o co mi chodzi. A rozmawiam o tym z tobą, bo widzę, że coś jest z tobą nie tak.
Zaparło mi dech w piersiach, ale uśmiechnąłem się blado i mruknąłem:
— Nie jest ze mną gorzej niż z kimkolwiek innym.
— Przestań — żachnęła się. — Też się boję i nie ukrywam tego. Zaginięcie Severusa… — Spuściła wzrok i jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na rączce parasolki, aż zbielały jej knykcie. — To naprawdę ciężkie dla każdego. To mógł być każdy — uzupełniła, jakby było to coś oczywistego, bez większych emocji, chociaż podejrzewałem, że toczyła ze sobą walkę.
Zapadła cisza.
Czułem się podle, spojrzałem tylko na boisko, gdzie znowu zaczęła się walka o kafla po zdobyciu punktów tym razem przez Gryfonów. Syriusz przelatywał akurat nieopodal trybun — i nasze spojrzenia spotkały się. Zauważyłem tylko jego dziwny wyraz twarzy, gdy zobaczył Evans rozmawiającą ze mną i pewnie moje zmieszanie, ale zaraz znalazł się tuż przy bramkach i stał się kolejną rozmazaną plamą na tle ulewnego deszczu.
— Nie boisz się? — zapytała nagle.
Nie odezwałem się.
— Nie wierzę, że zniknął… Że się zgubił. Coś musiało mu się stać, znał tyle czarów, chodził może i po Zakazanym Lesie i dziwiłam się zawsze, że wracał cało, ale potrafił się bronić… Coś musiało się stać, wiesz, Remus?
Zdębiałem. Co miałem odpowiedzieć? Że wiem, co się stało?
— Ja… Nie wiem, Lily — odparłem, zacząłem się jąkać. Spojrzała na mnie dziwnie, przewiercając mnie wzrokiem na wskroś.
— Remus, coś ci jest? Nagle zbladłeś… Zachowujesz się dziwnie. — Zmarszczyła czoło. — O co…?
Ale wtedy tuż nad nami rozległ się świst, a Gryfoni jak fala skulili się i zaczęli krzyczeć, bo nad naszymi głowami przeleciała ubrana w barwy Gryffindoru postać. Ścigający. Zauważyłem czarne włosy odcinające się od bladej twarzy i zobaczyłem, jak się odwraca, rzuca mi znaczące spojrzenie. Szybko zerknąłem na siedzącą obok Lily, która zaniemówiła z wrażenia i patrzyła się w szoku na innych, którzy albo siedzieli z otwartymi ustami, albo zaczynali się śmiać.
Wykorzystałem to.
Zerwałem się z miejsca i, przepychając się między uczniami swojego domu, zniknąłem na schodach prowadzących na błonia. Nie pamiętam nawet tego, jak schodziłem po stopniach, ale zaraz poczułem na twarzy chłodny deszcz i znalazłem się na rozmokłej ścieżce. Westchnąłem tylko cicho, słysząc, jak dudni mi serce, i pospiesznie poszedłem w stronę zamku.
Syriusz znowu mnie uratował.