Krótko i statecznie, ale i takie rozdziały są czasem potrzebne. Nie jestem zbytnio zadowolona z efektów, choć wiem, że lepiej tego nie opiszę, więc nie narzekam - ale w końcu nie mi to oceniać, pozostawiam to więc Wam.
Ponawiam prośbę - kto chce być informowany o nowościach, niech zostawi ślad w księdze, tak jest mi o wiele łatwiej.
Pozostaje mi już tylko życzyć: enjoy! ;)
edycja (z dnia 13 czerwca): kolejna część pojawi się piętnastego.
Nadeszła pełnia.
Wielkimi krokami, nieubłaganie, w końcu nadeszła. Obawiałem się tego już kilka dni po poprzedniej, gdy dotarło do mnie, że będę musiał wrócić do Wrzeszczącej Chaty — i, co gorsze, nie z własnej woli, a z przymusu.
Ale nie mogłem postąpić tak, jakbym chciał — uciec gdzieś, gdziekolwiek, byleby z dala od tego miejsca. Raz w miesiącu zamieniałem się w groźną dla wszystkich bestię, stanowiłem wtedy zagrożenie nawet dla samego siebie, nie mówiąc już o innych. Dla ich bezpieczeństwa kryłem się w tym starym domu… Choć trudno było mi o tym myśleć, że już raz to zawiodło z mojej winy. Co mogłem innego zrobić?
Z początku wszystko wydawało się takie same. Jak te kilkadziesiąt pełni wstecz od czasu, gdy jako dziecko zostałem ugryziony. Rosnący lęk, bezsenność, wyczekiwanie, aż księżyca zacznie przybywać. Robiłem tak zawsze i z każdym dniem byłem coraz bardziej świadomy tego, co mnie czeka.
W Hogwarcie rządziło się to trochę innymi prawami, więc na dzień przed pełnią pani Pomfrey zaprowadziła mnie aż do stóp bijącej wierzby. Słyszałem tylko świst jej gałęzi, które z furią przecinały powietrze. Ostatnie promienie zachodzącego słońca kładły się krwawym kobiercem po trawie, ale zaraz zniknęły. Unosiła się delikatna mgiełka; osadzała się na mojej szacie, orzeźwiała nieco. Mróz chwytał źdźbła, pokryte już białą warstewką lodu, pojawiały się też pierwsze gwiazdy. Ale księżyc wciąż był niepełny, brakowało mu tej odrobiny, która zapewniała mi jeszcze trochę czasu.
— Poradzisz sobie, skarbie? — zapytała; było to swoistym rytuałem. Od pierwszej klasy, co dwadzieścia siedem dni postępowała niezmiennie — i zawsze pytała o to samo, nie wiedząc pewnie, co powiedzieć. Widziałem po niej, że to krępujące milczenie w drodze z zamku ją męczy, sam jednak nie odzywałem się, bo co miałem powiedzieć? Więc tylko patrzyła na mnie ze współczuciem, które niemal dodało mi otuchy.
— Zobaczysz, szybko minie.
Uśmiechnąłem się blado do niej i obserwowałem, jak odchodzi. Na tle granatowego, chmurnego nieba i ciemnej w mroku trawy wyglądała jak zjawa, biała postać krocząca powoli przez błonia.
Jedynym, co mogło mnie wtedy pocieszyć, było to, że zaraz — gdy tylko Pomfrey, mała kropka na Mapie Huncwotów, pojawi się w ścianach Skrzydła Szpitalnego — mieli wyruszyć z zamku. I dołączą do mnie. Z tą myślą — choć trochę umniejszała strach — popatrzyłem na bijącą wierzbę.
Zaraz potem znalazłem się w tunelu.
Przyzwyczaiłem się już do tego dusznego, ciężkiego powietrza, w którym wisiał zapach wilgotnej ziemi, i nie zwracałem na niego uwagi. Nigdy też nie pamiętałem drogi, jakby wycięto te fragmenty z filmu. Poczułem w sobie tylko rosnący niepokój i ciężar w piersi, gdy tunel zaczął się unosić i zobaczyłem na jego końcu światło. Szedłem jak na skazanie, powoli i ociężale.
Zbliżało się nieuniknione.
Ale tam… Nic się nie zmieniło, jakby czas stanął w miejscu. Pokój nie nosił już żadnych śladów sugerujących, iż zaszło tam coś, co nie powinno nigdy się wydarzyć. Z początku prawie mi ulżyło. Rozejrzałem się tylko po ścianach odrapanych z tapet, śladach szponów na podłodze, roztrzaskanych meblach. Przez zabite deskami okna wpadało nieco księżycowego blasku. Prawie tak, jak kiedyś. Bo zaraz dostrzegłem, że na drewnianych panelach, szarych od kurzu, coś jednak pozostało.
— Szlag… — szepnąłem i usiadłem, czując straszną bezradność.
Małe, ciemne plamki, jakby ktoś rozlał farbę — ale wiedziałem, że to nie mogła być farba. Wtedy poczułem się niemal tak, jak tamtego dnia. Dławiłem się od uczuć, które mnie zalały. Byłem zupełnie bezradny wobec nich, po tym, jak przez tyle dni niemal ich nie odczuwałem. Chciałem krzyczeć, zniszczyć coś, zrobić cokolwiek, by nieco je osłabić.
Wtedy usłyszałem miękki odgłos łap, po chwili dołączył do niego miarowy stukot racic uderzających o deski. Odwróciłem się.
Przede mną pojawił się wielki, czarny pies o długiej sierści i błyszczących blado ślepiach. Nawet jako zwierzę miał w sobie nonszalancję, która biła z każdego jego ruchu. Poruszył nerwowo ogonem i szczeknął radośnie, gdy zaraz za nim wyłoniło się jeszcze potężniejsze zwierzę.
Wzrok, jakim zawsze obdarzał mnie James w tej postaci, miał w sobie niezwykły blask. Był wyjątkowo dużym jeleniem — widywałem ich wiele w okolicy, w której dorastałem, ale tak dostojnego nigdy wcześniej nie widziałem. Miał rudą sierść, był wysmukły i wyglądał jak prawdziwy przywódca stada. Między jego porożem, wyglądającym jak korona władcy lasu, siedział Peter — mały szczur o czarnych wąsach, którymi nieustannie poruszał.
Stojąc tak, wyglądali dumnie jak orszak, który przybył, by powitać nowego w stadzie — wilkołaka. Jedynego stwora w grupie, który nie potrafił panować nad sobą i który przerażał, a nie wzbudzał zachwyt — w przeciwieństwie do nich.
— Przyszliście…
Syriusz natychmiast podbiegł do mnie. Zaraz poczułem jego gorący oddech, który owionął mi twarz, gdy psim zwyczajem zaczął mnie obwąchiwać. Szczeknął i rzucił mi szybkie spojrzenie — mądre, pełne nostalgii, jako jedyne odróżniało go od prawdziwego psa. Potem położył się koło mnie, kładąc mi łeb na kolanach. Ogarnęło mnie dziwne wzruszenie — jak zawsze, gdy przychodzili do mnie w trakcie pełni. Mimo że wiedzieli, iż za niedługo zmienię się w bestię, nie odtrącili mnie, a wspierali jeszcze mocniej, niż wtedy, gdy nie wiedzieli. Byli najlepszymi przyjaciółmi, takimi, na jakich nigdy nie zasługiwałem. Tylko oni nie widzieli we mnie potwora.
Wtedy Łapa nagle poderwał się i jakby wzruszył ramionami, jeżeli można użyć takiego określenia w stosunku do psa. I przemienił się, a ja zdębiałem.
— Zgłupiałeś?! — krzyknąłem tylko, a on posłał mi zadziorne spojrzenie.
— Och, przestań — żachnął się. — Mamy jeszcze kilka godzin, no nie, chłopaki?
I, jak na znak, zaraz jeleń zniknął, a na jego miejscu pojawił się James, wysoki chłopak o rozczochranych smolistych włosach.
— Jasne. — James poprawił okulary, które zsunęły się na czubek jego niemal orlego nosa, i uśmiechnął się. — Nie mogliśmy sobie odmówić.
U jego stóp jednak nadal krążył szczur — i wcale mnie to nie zdziwiło. Peter był może nie tak śmiały, jak James i Syriusz — a za to o wiele rozsądniejszy; ten strach, który czasami czuł, nadawał jego decyzjom nieco racjonalności, ale… Nie był też pewny siebie, więc zaraz poszedł śladami przyjaciół.
Popatrzył na mnie niepewnie i uśmiechnął się, garbiąc się nieco. Miał strach wypisany na pulchnej twarzy, ale też… Podziwiałem jego… odwagę? Mimo przerażenia stał przede mną — wiedząc, jak bardzo mogę być dla niego groźny. Zwłaszcza, że nawet się już przekonał…
— No właśnie — dodał niepewnie. Zaczynał się czuć nieco swobodniej, bo patrzył na mnie z mniejszym lękiem, a nawet nieśmiało rozglądał się po pokoju. Skrzywił się, gdy zauważył to, co ja dostrzegłem wcześniej. Zbladł.
— Oszaleliście, naprawdę — warknąłem, choć tak naprawdę czułem prawie że radość, aż zacząłem się uśmiechać. Widząc to, James parsknął śmiechem.
— Narzekasz!
— Przyjaciele robią dla siebie wszystko, nie?
Minęło jeszcze kilka godzin. Ciepłych chwil, rozmów, które podniosły mnie na duchu, śmiechu i żartów. Gdyby nie oni — nie wiem nawet, co bym zrobił. Nie poradziłbym sobie bez nich.
Księżyc miał tym razem wzejść już w ciągu dnia, więc rano zostałem sam. Choć nie chcieli, musieli odejść — dla zachowania pozorów — by wrócić pod wieczór. Więc, gdy czekałem, znowu ogarnęły mnie uczucia, które wcześniej chociaż na chwilę zniknęły. Poraziła mnie ta bezradność, czułem się strasznie, jak potwór — bo z każdą sekundą ta świadomość narastała. W pierwszym odruchu miałem ochotę zrobić nawet coś, o co nigdy bym siebie nie podejrzewał, ale…
Wszystko zniknęło. Uczucia ulotniły się nagle, a ja byłem niemal wolny. Ale zaraz zrozumiałem, dlaczego.
Wtedy się zaczęło.