poznaj, zaakceptuj, zostań,

Arkana smutku

Arkana smutku to tylko wierzchołek góry lodowej, która została spowodowana jednym wydarzeniem, wstęp do większej całości. Swoisty prolog nastawiony na opisanie zmian, jakie zaszły w Remusie Lupinie, głównej postaci i narratorze.
Co wydarzyło się później? Esencja strachu, bo potem był tylko strach.

Rozdział pierwszy - "Smak goryczy": wstęp, część pierwsza, część druga
Rozdział drugi - "Kula światła": część trzecia, część czwarta, część piąta
Rozdział trzeci - "Arkana smutku": część szósta, część siódma.

Powrót

Część trzecia

piątek, 4.czerwca.2010, 22:28
Krótko i statecznie, ale i takie rozdziały są czasem potrzebne. Nie jestem zbytnio zadowolona z efektów, choć wiem, że lepiej tego nie opiszę, więc nie narzekam - ale w końcu nie mi to oceniać, pozostawiam to więc Wam.
Ponawiam prośbę - kto chce być informowany o nowościach, niech zostawi ślad w księdze, tak jest mi o wiele łatwiej.
Pozostaje mi już tylko życzyć: enjoy! ;)
edycja (z dnia 13 czerwca): kolejna część pojawi się piętnastego.


Nadeszła pełnia.
Wielkimi krokami, nieubłaganie, w końcu nadeszła. Obawiałem się tego już kilka dni po poprzedniej, gdy dotarło do mnie, że będę musiał wrócić do Wrzeszczącej Chaty — i, co gorsze, nie z własnej woli, a z przymusu.
Ale nie mogłem postąpić tak, jakbym chciał — uciec gdzieś, gdziekolwiek, byleby z dala od tego miejsca. Raz w miesiącu zamieniałem się w groźną dla wszystkich bestię, stanowiłem wtedy zagrożenie nawet dla samego siebie, nie mówiąc już o innych. Dla ich bezpieczeństwa kryłem się w tym starym domu… Choć trudno było mi o tym myśleć, że już raz to zawiodło z mojej winy. Co mogłem innego zrobić?
Z początku wszystko wydawało się takie same. Jak te kilkadziesiąt pełni wstecz od czasu, gdy jako dziecko zostałem ugryziony. Rosnący lęk, bezsenność, wyczekiwanie, aż księżyca zacznie przybywać. Robiłem tak zawsze i z każdym dniem byłem coraz bardziej świadomy tego, co mnie czeka.
W Hogwarcie rządziło się to trochę innymi prawami, więc na dzień przed pełnią pani Pomfrey zaprowadziła mnie aż do stóp bijącej wierzby. Słyszałem tylko świst jej gałęzi, które z furią przecinały powietrze. Ostatnie promienie zachodzącego słońca kładły się krwawym kobiercem po trawie, ale zaraz zniknęły. Unosiła się delikatna mgiełka; osadzała się na mojej szacie, orzeźwiała nieco. Mróz chwytał źdźbła, pokryte już białą warstewką lodu, pojawiały się też pierwsze gwiazdy. Ale księżyc wciąż był niepełny, brakowało mu tej odrobiny, która zapewniała mi jeszcze trochę czasu.
— Poradzisz sobie, skarbie? — zapytała; było to swoistym rytuałem. Od pierwszej klasy, co dwadzieścia siedem dni postępowała niezmiennie — i zawsze pytała o to samo, nie wiedząc pewnie, co powiedzieć. Widziałem po niej, że to krępujące milczenie w drodze z zamku ją męczy, sam jednak nie odzywałem się, bo co miałem powiedzieć? Więc tylko patrzyła na mnie ze współczuciem, które niemal dodało mi otuchy.
— Zobaczysz, szybko minie.
Uśmiechnąłem się blado do niej i obserwowałem, jak odchodzi. Na tle granatowego, chmurnego nieba i ciemnej w mroku trawy wyglądała jak zjawa, biała postać krocząca powoli przez błonia.
Jedynym, co mogło mnie wtedy pocieszyć, było to, że zaraz — gdy tylko Pomfrey, mała kropka na Mapie Huncwotów, pojawi się w ścianach Skrzydła Szpitalnego — mieli wyruszyć z zamku. I dołączą do mnie. Z tą myślą — choć trochę umniejszała strach — popatrzyłem na bijącą wierzbę.
Zaraz potem znalazłem się w tunelu.
Przyzwyczaiłem się już do tego dusznego, ciężkiego powietrza, w którym wisiał zapach wilgotnej ziemi, i nie zwracałem na niego uwagi. Nigdy też nie pamiętałem drogi, jakby wycięto te fragmenty z filmu. Poczułem w sobie tylko rosnący niepokój i ciężar w piersi, gdy tunel zaczął się unosić i zobaczyłem na jego końcu światło. Szedłem jak na skazanie, powoli i ociężale.
Zbliżało się nieuniknione.
Ale tam… Nic się nie zmieniło, jakby czas stanął w miejscu. Pokój nie nosił już żadnych śladów sugerujących, iż zaszło tam coś, co nie powinno nigdy się wydarzyć. Z początku prawie mi ulżyło. Rozejrzałem się tylko po ścianach odrapanych z tapet, śladach szponów na podłodze, roztrzaskanych meblach. Przez zabite deskami okna wpadało nieco księżycowego blasku. Prawie tak, jak kiedyś. Bo zaraz dostrzegłem, że na drewnianych panelach, szarych od kurzu, coś jednak pozostało.
— Szlag… — szepnąłem i usiadłem, czując straszną bezradność.
Małe, ciemne plamki, jakby ktoś rozlał farbę — ale wiedziałem, że to nie mogła być farba. Wtedy poczułem się niemal tak, jak tamtego dnia. Dławiłem się od uczuć, które mnie zalały. Byłem zupełnie bezradny wobec nich, po tym, jak przez tyle dni niemal ich nie odczuwałem. Chciałem krzyczeć, zniszczyć coś, zrobić cokolwiek, by nieco je osłabić.
Wtedy usłyszałem miękki odgłos łap, po chwili dołączył do niego miarowy stukot racic uderzających o deski. Odwróciłem się.
Przede mną pojawił się wielki, czarny pies o długiej sierści i błyszczących blado ślepiach. Nawet jako zwierzę miał w sobie nonszalancję, która biła z każdego jego ruchu. Poruszył nerwowo ogonem i szczeknął radośnie, gdy zaraz za nim wyłoniło się jeszcze potężniejsze zwierzę.
Wzrok, jakim zawsze obdarzał mnie James w tej postaci, miał w sobie niezwykły blask. Był wyjątkowo dużym jeleniem — widywałem ich wiele w okolicy, w której dorastałem, ale tak dostojnego nigdy wcześniej nie widziałem. Miał rudą sierść, był wysmukły i wyglądał jak prawdziwy przywódca stada. Między jego porożem, wyglądającym jak korona władcy lasu, siedział Peter — mały szczur o czarnych wąsach, którymi nieustannie poruszał.
Stojąc tak, wyglądali dumnie jak orszak, który przybył, by powitać nowego w stadzie — wilkołaka. Jedynego stwora w grupie, który nie potrafił panować nad sobą i który przerażał, a nie wzbudzał zachwyt — w przeciwieństwie do nich.
— Przyszliście…
Syriusz natychmiast podbiegł do mnie. Zaraz poczułem jego gorący oddech, który owionął mi twarz, gdy psim zwyczajem zaczął mnie obwąchiwać. Szczeknął i rzucił mi szybkie spojrzenie — mądre, pełne nostalgii, jako jedyne odróżniało go od prawdziwego psa. Potem położył się koło mnie, kładąc mi łeb na kolanach. Ogarnęło mnie dziwne wzruszenie — jak zawsze, gdy przychodzili do mnie w trakcie pełni. Mimo że wiedzieli, iż za niedługo zmienię się w bestię, nie odtrącili mnie, a wspierali jeszcze mocniej, niż wtedy, gdy nie wiedzieli. Byli najlepszymi przyjaciółmi, takimi, na jakich nigdy nie zasługiwałem. Tylko oni nie widzieli we mnie potwora.
Wtedy Łapa nagle poderwał się i jakby wzruszył ramionami, jeżeli można użyć takiego określenia w stosunku do psa. I przemienił się, a ja zdębiałem.
— Zgłupiałeś?! — krzyknąłem tylko, a on posłał mi zadziorne spojrzenie.
— Och, przestań — żachnął się. — Mamy jeszcze kilka godzin, no nie, chłopaki?
I, jak na znak, zaraz jeleń zniknął, a na jego miejscu pojawił się James, wysoki chłopak o rozczochranych smolistych włosach.
— Jasne. — James poprawił okulary, które zsunęły się na czubek jego niemal orlego nosa, i uśmiechnął się. — Nie mogliśmy sobie odmówić.
U jego stóp jednak nadal krążył szczur — i wcale mnie to nie zdziwiło. Peter był może nie tak śmiały, jak James i Syriusz — a za to o wiele rozsądniejszy; ten strach, który czasami czuł, nadawał jego decyzjom nieco racjonalności, ale… Nie był też pewny siebie, więc zaraz poszedł śladami przyjaciół.
Popatrzył na mnie niepewnie i uśmiechnął się, garbiąc się nieco. Miał strach wypisany na pulchnej twarzy, ale też… Podziwiałem jego… odwagę? Mimo przerażenia stał przede mną — wiedząc, jak bardzo mogę być dla niego groźny. Zwłaszcza, że nawet się już przekonał…
— No właśnie — dodał niepewnie. Zaczynał się czuć nieco swobodniej, bo patrzył na mnie z mniejszym lękiem, a nawet nieśmiało rozglądał się po pokoju. Skrzywił się, gdy zauważył to, co ja dostrzegłem wcześniej. Zbladł.
— Oszaleliście, naprawdę — warknąłem, choć tak naprawdę czułem prawie że radość, aż zacząłem się uśmiechać. Widząc to, James parsknął śmiechem.
— Narzekasz!
— Przyjaciele robią dla siebie wszystko, nie?





Minęło jeszcze kilka godzin. Ciepłych chwil, rozmów, które podniosły mnie na duchu, śmiechu i żartów. Gdyby nie oni — nie wiem nawet, co bym zrobił. Nie poradziłbym sobie bez nich.
Księżyc miał tym razem wzejść już w ciągu dnia, więc rano zostałem sam. Choć nie chcieli, musieli odejść — dla zachowania pozorów — by wrócić pod wieczór. Więc, gdy czekałem, znowu ogarnęły mnie uczucia, które wcześniej chociaż na chwilę zniknęły. Poraziła mnie ta bezradność, czułem się strasznie, jak potwór — bo z każdą sekundą ta świadomość narastała. W pierwszym odruchu miałem ochotę zrobić nawet coś, o co nigdy bym siebie nie podejrzewał, ale…
Wszystko zniknęło. Uczucia ulotniły się nagle, a ja byłem niemal wolny. Ale zaraz zrozumiałem, dlaczego.
Wtedy się zaczęło.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


15 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Konto usuniętepiątek, 4.czerwca.2010, 23:08
89.79.88.208

Ach, największym mankamentem tego rozdziału jest jego... długość;) Mało, mało! Uwielbiam tą atmosferę nostalgii, jakiegoś spokoju, który tworzysz pomimo zaistniałych okoliczności Remusa(wilkołactwo). Czytając jego odczucia można poczuć smutek za 'normalnością', a nie ekscytacje że jest otóż sobie facet i się zmienia w wilkołaka, i będzie darł pazury, i głośno ryczał. I Peter. Wyniosłaś go na kogoś więcej niż tak naprawdę 'nikogo'.
Pozdrawiam,

Zauroczona Irys;)

Konto usuniętepiątek, 4.czerwca.2010, 23:08
79.139.54.10

Mi się bardzo podobało, nie wiem czego chcesz od tej części!

Znów uroczy Syriusz... a także mniej dyskretne zaznaczanie obecności Jamesa i Petera, co można zaliczyć na plus :)

Troszeczkę żałuję, że nie opisałaś przemiany, ale tylko dlatego, że po prostu jestem ciekawa jak ją sobie wyobrażasz.

Już nie mogłam się doczekać tej części :)

Konto usuniętepiątek, 4.czerwca.2010, 23:24
79.139.54.10

Matulu jedyna! Czy to możliwe, że ja jeszcze nie dodałam tego opowiadania do ulubionych?
Zgroza!

Konto usuniętesobota, 5.czerwca.2010, 10:51
80.54.33.3

Świetnie to wszystko opisujesz - chciałabym tego nie napisać, bo brzmi tak banalnie, ale taka prawda.

chikachev OFsobota, 5.czerwca.2010, 10:54
77.253.47.15

Mało, mało i jeszcze raz mało! Za mało! Dużo za mało, dlatego nawet ładnego komentarza ode mnie nie dostaniesz. Bo było ładnie, ale za krótko.
Przeszło mi przez myśl tylko tyle, że to dziwne, że 'zło' rzadko wygląda jak zło. Bo przecież to właściwie nie Remus zabił Snejpa, nie ten potwór, wilkołak, ale ten piękny pies o nostalgicznym spojrzeniu i ciekawa jestem, co on o tym wszystkim myśli. Tak patrząc na jego zachowanie, chyba o tym pamięta - tam go ratuje przed Lily, tutaj się jako pierwszy zamienił. To nie po to, żeby wesprzeć przyjaciela, ale po to, żeby stłumić wyrzuty sumienia? Jest taki biedny. I ja bym go przytuliła...
Mroar.

panna-ama amarantasobota, 5.czerwca.2010, 22:56
79.163.41.156

Uwielbiam, jak opisujesz uczucia Remusa. To jest takie... Takie prawdziwe, że od razu się mu współczuję, że dokładnie się wie, co on odczuwa i aż ma się ochotę go pogłaskać :P Reszta Huncwotów też jest cudowna, zwłaszcza Syriusz (no tak, jakże by inaczej :P), od razu się wie, że to jest kocur :D
To straszne, STRASZNE, co robicie, dziewczyny - przez Was zaczynam doceniać potterowskie FF :P

euverris Euverris H'anéponiedziałek, 7.czerwca.2010, 14:00
78.88.99.117

Prolog przeczytałam już kilka dni temu i pamiętam, że spodobał mi się pomysł i dobór narracji, natomiast z resztą tekstu zapoznałam się dzisiaj — niesamowicie go mało, tak marginesami. W każdym razie, narracja dalej mi się podoba, choć czasami dziwiłam się nad remusowym doborem słownictwa albo rozwodzeniem się na temat pogody, jednak Lupin zawsze był raczej milczący, więc zapewne dużo myślał (mądre zdanie mi wyszło, aha, aha...). Niewiele można Ci zarzucić (znalazłam trochę powtórzeń, ale to może na gg Ci wrzucę albo pw na artefaktach, żeby nie ciągnąć tego komentarza w nieskończoność), a na pewno trzeba przyznać, że opowiadanie ma swój specyficzny klimat i czyta się je z przyjemnością. Remus może nieco za mało wyrazisty, ale to z łatwością da się przecież zrzucić na karb długości tekstu.
Ach, tak: strasznie, ale to strasznie podoba mi się tytuł. ^^

Czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam.

beatrice beatriceponiedziałek, 7.czerwca.2010, 21:35
79.162.38.76

Wreszcie udało mi się dorwać.
Na samym początku – zwyczajnie genialny pomysł. Być może wydaje mi się takim, bo sama nigdy o tym nie pomyślałam. Zresztą nieważne, bo teraz zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Ciekawa jestem, do którego momentu planujesz pisać tę historię, jak zaplanowałaś późniejsze losy.
Muszę powiedzieć, że przeczytałam wszystko zaskakująco (jak na mnie) szybko i sprawnie. Całość zdaje się być taka…lekka? Mimo że nastrój Remusa, co przedstawiłaś wręcz doskonale, jest zupełnie inny. Czuć to przytłoczenie, smutek, niemożność pogodzenia się z zaszłą sytuacją. Bardzo to ładnie współgra z tytułem.
Nie podoba mi się za to, że tak urywasz. Przez to mam poczucie niedosytu. W wielu miejscach wewnętrzne rozważania Lunatyka zasługują na rozwinięcie, czasami skupiasz się wyłącznie na samej sytuacji – np. na przytoczeniu dialogu – i wtedy właśnie je pomijasz. A odniosłam wrażenie, że Arkana Smutku w zamierzeniu przede wszystkim skupiać będą się właśnie na wewnętrznym świecie przeżyć winowajcy. Wnioskuję to również z wybranej formy narracji.
Co dalej… Ach, no tak, w końcu piszesz o Huncwotach, więc kwestia ich kreacji zasługuje na uwagę. Syriusz – bardzo dobry, Peter – doskonały. Za to James do mnie nie przemawia. Czegoś mi w nim brakuje, dodatkowo nie potrafię tego dokładnie sprecyzować. Jakieś zadziorności, bo ja wiem? Przydałaby się sytuacja w przyszłości, która nadałaby Potterowi nieco wyrazu. I jeszcze Remus - ale chyba dałam już do zrozumienia wcześniej, że wypada perfekcyjnie.
W zasadzie to umieram z ciekawości i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału.
Wpadło mi w oko parę niedociągnięć, które pozwolę sobie wymienić:
Prolog:
* Badź jak wódź szajki najemników – bądź; wódz
* Jak zachowywał powagę w takiej sytuacji, nie wiedziałem, i bardzo żałowałem, że sam nie potrafię ukoić myśli. – Bez przecinka po „wiedziałem”. Cząstka „i bardzo żałowałem” jest współrzędna względem „nie wiedziałem”, a nie „Jak zachowywał(…)”.
* (…)schodami na piętro oraz kilkoma zabitymi deskami oknami. – Chodzi mi o tę końcówkę, taka niezręczna aliteracja. Przeczytaj na głos:) Może zrób z tego zdanie względne? Coś podobnego zdarzyło się gdzieś jeszcze, chyba w dwójce, ale mi umknęło.
Jedyneczka:
* Widząc pogodę rozszalałą pogodę na błoniach(…) – Widząc pogodę, rozszalałą pogodę na błoniach(…)
* (…)i udało mi się przemknąć niezauważony, - Niezauważonym.
* Była cicha, ale nie w ten sposób, jak Peter – Bez przecinka po „sposób”.
Dwójka:
* (…)które raz zalewały mnie, by później odejść i zostawić mnie na moment niemal ogołoconego z uczuć, ale i wrócić, gdy najmniej byłem na to gotowy. – To powtórzenie „mnie” brzmi bardzo niezręcznie. Można to drugie zupełnie pominąć, bez żadnej szkody.
* (…)zerknął ze konsternacją na zmięty kawałek papieru – z konsternacją.
* — Dziesięć punktów dla Kruponów – Nie wiem, czy to celowe przejęzyczenie komentatora (nic na to nie wskazywało) czy literówka – Krukonów.
* — Przestań — żachnęła się. — Też się boję i nie ukrywam tego. Zaginięcie Severusa… — Spuściła wzrok i jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na rączce parasolki, aż zbielały jej knykcie. To naprawdę ciężkie dla każdego. – Zjadłaś myślnik po „knykcie”.
Trójeczka:
* Poruszył nerwowo ogonem i szczeknął radośnie, gdy zaraz na nim wyłoniło się jeszcze potężniejsze zwierzę. – za nim.
Taa, to by było na tyle. Jeśli mogę jeszcze zrobić uwagę, to nie podoba mi się, gdy przerzucasz zaimki na koniec zdania. To chyba jest poprawne, ale jak dla mnie nie brzmi:)
Podsumowując to bardzo mi się tutaj podoba i zamierzam cię nękać już do końca, dlatego natychmiast wpiszę się do księgi:>
Pozdrawiam, życzę duuuużo wytrwałości,
Beatrice.

PS Zapomniałam napisać wcześniej, że tutaj jest tak… cudownie. Html, grafika, wszystko robi niesamowite wrażenie. Po prostu ślicznie.

green-death Bezimiennaponiedziałek, 7.czerwca.2010, 22:39
80.50.129.66

Oeone! Dlaczego ja nie wiedziałam, że piszesz tak cudowne opowiadanie!!! Przeczytałam wszystko i jestem pod ogromnym wrażeniem, choć mam ci za złe, że tak wcześnie zabiłaś mojego ukochanego, ale cóż - czasem trzeba coś poświęcić.
Muszę przyznać, że nienawidzę Huncwotów, ale u ciebie są naprawdę całkiem znośni i mnie tak nie denerwują. Nawet polubiłam Syriusza za ten incydent podczas meczu. No i ten moment, kiedy postanowił przemienić się na powrót w człowieka. Cóż, przedstawiasz go jako wspaniałego przyjaciela, o czym wielu autorów opowiadań o Syriuszu zapomina. Bo to, że był casanovą i szkolnym playboy'em to jedno, ale przede wszystkim był przyjacielem, co większość osób pomija.
Remusa z całej czwórki zawsze lubiłam najbardziej, więc naprawdę przyjemnie czyta mi się to opowiadania, ze względu na to, że jest właśnie z jego punktu widzenia.
I ogólnie - chwała ci za "Arkana smutku"! ^ ^

Laf ju - Bezik ;*

chameleon chameleonśroda, 9.czerwca.2010, 11:39
95.49.200.238

A mi się po raz pierwszy podoba właśnie takie krótkie.
Bo nieprzegadane.
i wiesz, w Twoim wypadku nie ma gorszych rozdziałów - tak Ci się tylko może wydawać, ale ja się z takim nie spotkałam.

(a tak najbardziej, to mnie uwodzisz skupianiem się raczej na postaci, niż wydarzeniach - choć to pomysł był głównie zachęcający)

Raś.

Madder Madder.piątek, 11.czerwca.2010, 17:08
94.251.177.222

Nie wiem, czy wiesz, ale w takim momencie się nie przerywa!
No dobrze, wiem, że to chwyt marketingowy :)
Jak zawsze nie mam się do czego przyczepić: ortografia i stylistyka piękna. O interpunkcji wypowiadać się nie będę, bo niestety zasady znam tylko podstawowe, ale śmiem twierdzić, że wszystko jest na swoim miejscu, bo nic nie utrudniało czytania.
Podoba mi się, że nie opisujesz tego co robią z dokładnością do setnej sekundy (co na blogowych opowiadaniach bardzo lubią robić). Koncentrujesz się tylko na najważniejszych watkach, a o reszcie lakonicznie wspominasz. Chwali się i to bardzo.
Życzę miłego weekendu.

Ishie Ishie.wtorek, 15.czerwca.2010, 15:43
83.238.234.5

Nie lubię się narzucać ale 15-ty jest już od ładnych paru godzin :P

I masz coś brzydkiego w cssie, bo nie widzę guziczka "wyślij". Znaczy mam za niski monitor i on mi ucieka na dół, a z boku nie mam suwaczka, żeby przewinąć ekran. Ale poradziłam sobie klawiszem tab!

EaseraWap EaseraWap.poniedziałek, 13.czerwca.2011, 02:29
202.100.206.4

Very Interesting Blog! Thank You For Thi Information!

encofefautt encofefautt.sobota, 25.czerwca.2011, 13:22
58.49.110.232

You certainly deserve a round of applause for your post and more specifically, your blog in general. Very high quality material

black mold removal black mold removal.piątek, 20.stycznia.2012, 02:43
14.50.4.45

Hi! Someone in my Facebook group shared this website with us so I came to give it a look. I'm definitely enjoying the information. I'm bookmarking and will be tweeting this to my followers! Outstanding blog and excellent style and design.



inni

artefakty, grzechy ojców, deicide, kroniki, pater noster, crescendo, papieżyca, tik-tak, morbid, collision, ja, mugol, Annie, krople; lorem ipsum.

okładka

całość, którą można tu zobaczyć, wykonała autorka. pan Bale.