poznaj, zaakceptuj, zostań,

Arkana smutku

Arkana smutku to tylko wierzchołek góry lodowej, która została spowodowana jednym wydarzeniem, wstęp do większej całości. Swoisty prolog nastawiony na opisanie zmian, jakie zaszły w Remusie Lupinie, głównej postaci i narratorze.
Co wydarzyło się później? Esencja strachu, bo potem był tylko strach.

Rozdział pierwszy - "Smak goryczy": wstęp, część pierwsza, część druga
Rozdział drugi - "Kula światła": część trzecia, część czwarta, część piąta
Rozdział trzeci - "Arkana smutku": część szósta, część siódma.

Powrót

Część czwarta

wtorek, 15.czerwca.2010, 20:20
I jest - w dodatku dość długo, w rekompensacie za krótką część poprzednią i kolejną, która też wielkiej objętości nie będzie miała.
Postanowiłam publikować kolejne rozdziały co dziesięć dni, więc kolejna część - dwudziestego piątego ;)
Enjoy, kochani!



Lily posłała mi zmartwione spojrzenie.
Wielką Salę wypełnił trzepot skrzydeł dziesiątek sów, gdy — jak każdego dnia mojej już sześcioletniej nauki w Hogwarcie — wleciały przez ostrołukowe okna. Zaraz rozległ się jeszcze większy gwar, dźwięk rozdzieranych kopert rozbrzmiewał wszędzie i prawie zagłuszał inne odgłosy. Działo się tak każdego poranka i już zupełnie do tego przywykłem. Ale wciąż czułem wzrok, który starał się przewiercić mnie na wskroś.
— Co jest? — Syriusz przestał przyglądać się wątpliwie listowi z wielkim herbem rodziny Blacków odbitym w kropli czerwonego wosku, odrzucił go między kubki i szturchnął mnie w żebra. Siedział tuż obok mnie, po drugiej stronie miałem Jamesa, a Peter niepewnie wpatrywał się w swoją owsiankę naprzeciwko.
— Czemu się nie odzywasz? — zapytał z rozbrajającym uśmiechem, którym zawsze podbijał serca dziewczyn, ale zaraz złowił wzrok Evans.
Zmrużył oczy; widziałem w jego minie zirytowanie. Cmoknął z niezadowoleniem i szepnął mi do ucha:
— Ona tak ciągle? — Pokiwałem tylko głową, a Syriusz westchnął. Potem pomachał do niej z przesadną radością, aż wywróciła oczami i zajęła się rozmową z czarnowłosą czwartoklasistką, Anną Kettle.
Wciąż czułem na sobie jej przenikliwe spojrzenie. Te świdrujące zielone oczy przewiercały mnie; naprawdę miały w sobie coś, co intrygowało, ale jednocześnie przerażało — i tym bardziej udawałem, że tego nie zauważam.
Bałem się. Bo Evans coraz częściej na posiłkach siadała blisko nas — co kiedyś się nie zdarzało ze względu na Jamesa, którego unikała od pierwszej klasy. Nie odzywała się słowem, po prostu patrzyła na nas uważnie. A właściwie na mnie. Za każdym razem czułem rosnącą gulę w gardle, palącą i wręcz duszącą, wydawało mi się, że jestem pod ostrzałem. Najbardziej niepokoiła mnie myśl, że coś podejrzewała. Bałem się zastanawiać nad tym, a co dopiero powiedzieć chłopakom. Choć i oni coś przeczuwali — i nie odstępowali mnie na krok.
Dzisiaj było tym gorzej, bo Lily usiadła niemal naprzeciw.
Od czasu zebrania o zaginięciu Severusa już nikt o tym nie rozmawiał — minęły już dwa miesiące ciszy. Choć… może i więcej, bo zupełnie przestałem zauważać upływ czasu, a już zbliżała się kolejna pełnia. Z początku wszędzie dało się słyszeć szepty, wymyślano coraz to dziwniejsze teorie, aż skończono na plotce o porwaniu przez Śmierciożerców, o których ostatnimi czasy robiło się głośno. Kilka dni temu też odnaleziono ludzkie kości w jaskini nieopodal Hogsmeade, co jeszcze bardziej zwróciło uwagę wszystkich na ten pogląd. Chociaż cała sprawa była jeszcze niewyjaśniona i w zasadzie nie wiedzieliśmy o tym nic ponad to, że odkryto ciało, niektórzy naprawdę w to wierzyli.
Tak naprawdę… Wniknęło to w codzienność i było czymś tak absurdalnie zwyczajnym oraz normalnym jak chodzenie na zajęcia czy odrabianie zadań. Jakby nikogo nie obeszło, że nagle zniknął jeden z uczniów; nawet wśród Ślizgonów zapomniano o tym po kilku dniach.
Jedyną osobą „spoza” — jak w myślach zacząłem nazywać tych, którzy nie znali prawdy — która okazywała zmartwienie o losy Snape’a, była oczywiście Lily i tym bardziej czułem zaniepokojenie, zwłaszcza po tym, co zaszło na meczu. Zachowałem się nieostrożnie, mogłem jakkolwiek ukryć emocje — i miałem tylko nadzieję, że nie zacznie się niczego domyślać.
Martwiłem się tym nawet bardziej niż ewentualnymi podejrzeniami ze strony McGonagall czy Dumbledore’a — którzy nie poświęcali mi większej uwagi niż kiedykolwiek. Dziwiło mnie to, bo spodziewałem się, że bez problemu połączą wszystko z pełnią. Jednak… Być może po prostu mieli jeszcze ważniejsze rzeczy na głowie? Śmierciożercy robili się ostatnimi czasy naprawdę aktywni, a oni — jako potężni czarodzieje — na pewno byli jakoś związani z przeciwdziałaniu Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Trudna sytuacja w czarodziejskim świecie zapewniła mi pewien spokój z ich strony — i czułem się strasznie, mając tego świadomość.
A Lily… Krzywdząc jedną osobę, skrzywdziłem też innych. Bałem się myśleć nawet o tym, jak wiele osób przeze mnie ucierpiało. A dlaczego wcześniej nie pomyślałem, że w szczególny dotknie to Evans? Przyjaźń między Gryfonką i Ślizgonem była czymś, co, w obliczu waśni między domami, było czymś publicznym — wiedział o tym każdy. I nawet mimo zajścia nad jeziorem — tej strasznej sceny, której winni oczywiście też byliśmy my — i słów Severusa, Lily martwiła się. Nawet jej nienawiść do Snape’a była grą — i, wiedząc o tym, czułem się potwornie.
— To jak? — Rzucił niby od niechcenia Black, gdy atmosfera stała się wręcz nieznośna. Wyrwał mnie z zamyślenia. Na początku patrzyłem na niego ze zdziwieniem, potem dopiero pomyślałem, że stara się zachować pozory zawsze nieskrępowanego Huncwota, za którego wszyscy go mieli.
— Co z Hogsmeade, chłopaki? — Wyszczerzył swoje idealnie białe zęby i zerknął na nas, szukając poparcia dla swoich słów. Gdy go nie znalazł, żachnął się: — Ej, trochę entuzjazmu! A ty, Potter — wycelował palec w Jamesa — koniec ślinienia się!
Parsknął śmiechem, gdy James podskoczył, prawie rozlewając sok z mosiężnego dzbana, i oderwał wzrok od rudowłosej Gryfonki. Wyglądał, jakby został obudzony z marzeń sennych. Miał w oczach cień pretensji, choć tylko popatrzył na Syriusza ze złością i przeczesał włosy. Ale Lily nie miała zamiaru puścić tej uwagi bez komentarza.
— Och, Black, skończ być takim dupkiem. — Posłała mu nienawistne spojrzenie. Jej normalnie niski, przyjemny głos był pełen złości. Pospiesznie zebrała swoje rzeczy i odeszła od stołu, a Anna zerknęła na nas przepraszająco i pobiegła za nią. James jeszcze przez chwilę śledził wzrokiem plecy Evans, aż zniknęła na korytarzu.
— No, wreszcie sobie poszła.
— Black, dałbyś spokój… Dobra, co chciałeś? — zapytał po chwili rezolutnie.
— Hogsmeade, skarbie. — Syriusz uśmiechnął się łobuzersko. — Przydałoby nam się trochę… rozrywki.
Objął mnie ramieniem i przygarnął do siebie.
— Co ty na to, Remus? Nie możesz ciągle siedzieć w murach zamku, to niezdrowe.
— Nie wiem… — odparłem po prostu.
— Och, przestań — żachnął się. — Naprawdę, martwimy się o ciebie — szepnął mi do ucha.
— Właśnie, Remus — westchnął James. — Nie możesz tak… rozpamiętywać — dodał, gdy upewnił się, że nikt nie przysłuchuje się naszej rozmowie. Było już dość późno i większość stołów zdążyła opustoszeć, a ci, którzy nie spieszyli się na pierwsze zajęcia, już dawno wyszli na błonia. Od samego rana słońce przypiekało wilgotną ziemię. Zaczynał się naprawdę parny dzień i było to odczuwalne nawet tutaj. Promienie słońca wpadały do Sali przez okna i rozświetlały ją ciepłym światłem, zupełnie innym niż tym, które zazwyczaj zapewniały unoszące się nad stołami rzędy świec. Po pełni mi ulżyło i nie bałem się już znaleźć w okolicy bijącej wierzby, ale straciłem całą ochotę na wylegiwanie się nad jeziorem.
— Wiemy, jak się czujesz. Myśleliśmy, że po pełni jakoś się z tym pogodzisz, ale… — Spojrzał na mnie srogo. Już otwierałem usta, by odpowiedzieć cokolwiek, ale, widząc jego spojrzenie, zamilkłem. — Też czujemy się okropnie, zrozum, ale naprawdę nic ci to nie da. Myślenie o tym nie zwróci mu życia.
— Zamartwiasz się na nic. Życie toczy się dalej — uzupełnił Syriusz. — Poza tym… Mała Evans dziwnie ci się przyglądała. Wyglądasz jak sto nieszczęść, nic dziwnego, że zwracasz uwagę. Chcesz, by ktoś zaczął węszyć?
— Nie — westchnąłem. Kolejny raz udowodniono mi, jak wielkim potrafię być egoistą, choć starałem się tego unikać.
— Zrób to dla nas i pojedź z nami do Hogsmeade.
— To już pojutrze — mruknął Peter. – Zgódź się.
— Nie masz wyboru, chłopie.





Miałem.

Jestem na błoniach. Księżyc w pełni unosi się nade mną i uśmiecha się szyderczo, czuję to. Jest tak cicho, że w uszach dzwoni mi własne tętno. I jestem sam.
Rozglądam się. Wciąż nikogo nie ma. Widzę, jak z drzewa na krawędzi Zakazanego Lasu przygląda mi się dziwny ptak, ma duże, żółte oczy. Wierzba bije powietrze gałęziami.
Dziwne, myślę. Gdzie Syriusz i James? I Peter? Czuję coraz szybszy puls, serce uderza mi głucho w piersi. Coś tu nie pasuje.
Jest jasno i ciemno jednocześnie, światło odbite od księżyca oświetla błonia, ale i tak niewiele widzę. Powietrze faluje od mgły, której dziwnie dużo jest zwłaszcza przy drzewach lasu. Trawa jest dziwnie śliska, zielona jak absynt i szemrze cicho, choć nie ma wiatru. Wszystko wydaje się znajome, ale jednak…
— Coś tu nie pasuje — powtarzam nagle. Nie wiem, dlaczego, ale mówię sam do siebie, dziwi mnie to, bo nigdy mi się nie zdarzało. Czuję mrowienie w nogach, robię wtedy krok do przodu.
Wtedy nagle dociera do mnie, co jest nie tak.
Nie przemieniłem się. Księżyc wciąż świeci mi w twarz. Patrzę na swoje dłonie, są normalne, nie mają szponów. Rozglądam się znowu, ale wciąż jestem sam. Mam na sobie szatę, przemokniętą i ciężką od wilgoci.
Zgubiłem gdzieś różdżkę. Jestem bezbronny.
Wtedy słyszę wycie. Chmury zasłaniają księżyc, jest ciemno. Słyszę też, jak trzaskają gałęzie w Zakazanym Lesie, bo nagle stoję między nim a wierzbą. Widzę ślepia.
Z mgły wyłania się postać. Jest wysoka i zgarbiona, przez chwile przygląda się, ale nagle biegnie. Jak pies — na czterech łapach. Wilkołak. Ma żółte oczy. Wciąż stoję w jednym miejscu. Nie mogę się ruszyć, strach panuje nade mną, aż nie mogę zaczerpnąć tchu.
Zatrzymuje się. I wtedy nagle upada, dostaje konwulsji, futro znika, pojawia się blada skóra. Jest człowiekiem. Gdy wstaje, patrzy na mnie, spod narzuconych na twarz czarnych włosów pali mnie wzorkiem pełnym nienawiści. Ma na sobie strzępy czarnej szaty w srebrno-zielone detale. Wyciąga różdżkę.
Widzę tylko, jak zielony promień biegnie w moją stronę.

Obudziłem się z krzykiem.





Hogsmeade nigdy wcześniej nie było dla mnie takie ponure i szare. Być może za sprawą warstwy obłoków, które rankiem nadciągnęły z zachodu i zawisły nad okolicą ciemnym całunem, wszystko miało bure barwy. Z początku w powietrzu krążył śnieg, jednak wkrótce chmury zaczęły zrzucać z siebie lawiny deszczu. Szyldy Miodowego Królestwa i „Pod Trzema Miotłami” chybotały się na wietrze. Ulice opustoszały wraz z pierwszymi kroplami. To nawet nie była zwykła burza, a ulewa, jakiej nie widziałem od lat, jakby w karze za niedawne — a może jednak dawne? — wydarzenie. Zrzuciłem z głowy zupełnie przemoczony kaptur i owinąłem się szczelniej połami płaszcza, kilkoma ruchami dłoni przygładziłam ociekające wodą, zmierzwione włosy.
Wszystkie puby i kawiarenki były przepełnione — zwłaszcza „Trzy Miotły” zgromadziły większość uczniów i nauczycieli, którzy mieli to szczęście, że weszli tam jako jedni z pierwszych, bo wkrótce miejsc zabrakło. Sami się o tym przekonaliśmy.
Przez zalaną deszczem szybę widziałam co najwyżej rozmazane kontury uliczek na skraju wioski, zielonoburą plamę lasu i szare kłęby chmur, całkowicie zasłaniających niebo. „Pod Świńskim Łbem” nie bez powodu unikano. Nie chodziło nawet o to, kto tu zaglądał, bo plotki o tej gospodzie najczęściej były przesadzone — jednak musiałem przyznać, że parę osób popatrzyło na nas tak, jakby z największą przyjemnością rzuciłoby na nas urok. Po prostu, gdy miało się wybór — kremowe piwo w czystych kuflach wygrywało z lurami podawanymi tutaj. Jedyną zaletę stanowiło to, że zawsze można było znaleźć wolne miejsce, nawet w taką pogodę; siedzieliśmy więc w kącie sali, z dala od innych.
James i Peter zniknęli w progu Miodowego Królestwa i mieli dołączyć do nas zaraz po zrobieniu zakupów. Potter i jego obsesja na punkcie miętowych ropuch była znana wszystkim — w niemal każdej wolnej chwili pochłaniał je wręcz na kilogramy — więc już się nie dziwiliśmy, gdy wracał z całymi zapasami słodyczy. Peter był jego nieodłącznym towarzyszem, bo sam w nie mniejszym stopniu uwielbiał czekoladę. Czekaliśmy więc na nich, patrząc podejrzliwie na kubki z herbatą, która wyglądała bardziej jak mieszanina wody z błotem. Modliliśmy się tylko o to, by przestało lać.
— Zadręczasz się. — Usłyszałem nagle.
Popatrzyłem na Syriusza, ale on wpatrywał się w łyżeczkę, którą uporczywie mieszał dawno wystygniętą herbatę.
Dawno nie czułem się tak nieswojo. Gdy Syriusz przyglądał mi się bacznie, ale nie komentował, wydawało mi się, że jestem skończonym egoistą i nie powinienem posiadać przyjaciół, że nikt po prostu nie powinien się mną przejmować. Ale ciężko mi było myśleć o czymś innym. Wciąż rozpamiętywałem to pełne nienawiści: „Avada Kedavra”. Choć wiedziałem, że to zwykły sen, nie dawało mi to spokoju. Nie wiedziałem, czemu śniła mi się pełnia — teraz, gdy przeżyłem ją i powrót do Chaty, a nadciągała kolejna. Był to dziwny sen, realistyczny w pewien dziwny sposób, choć z drugiej strony… Wszystko odczuwałem jednocześnie intensywnie, ale i przytłumione, jakby zdławione. Sam nie potrafiłem tego nazwać.
A sprawa Evans przelała czarę goryczy. I chyba przez nią dręczył mnie znowu niepokój — mimo że po pełni czułem się już o wiele lepiej, to wróciło.
— To naprawdę głupie, wiesz? — zapytał jeszcze.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
— Mówiliśmy ci już, że nic nie zwróci mu życia.
— Nie wiem, jak możesz tak mówić. Nie wiesz nawet, co czuję — wycedziłem. Znikąd zebrała się we mnie złość, która zaczęła dusić i palić mnie wewnątrz. — Przestań to powtarzać.
Milczał. Zmrużył oczy, przyglądając mi się bacznie, ale nagle wywrócił oczami i westchnął. Ten jego stoicki spokój i typowe dla niego lekceważące spojrzenie rozjuszyły mnie jeszcze bardziej. Miałem ochotę naprawdę uderzyć go, by zapamiętał i nie poruszał więcej tego tematu. Było to zachowanie zupełnie do mnie nie pasujące i przeszło mi nawet przez myśl, jak bardzo potrafiło zmienić mnie to jedno wydarzenie, ale opanowałem się, bo wiedziałem, nawet w tej złości, że będę tego żałować.
Ukryłem twarz w dłoniach i westchnąłem.
— Zwłaszcza, że… Wiem, że myślisz, że to twoja wina — dodał cierpko. Nie patrzył już na mnie, a z pewnym zakłopotaniem wpatrywał się w stygnący, brunatny płyn w swojej szklance. — Przecież… — Podniósł wtedy wzrok, który miał w sobie o wiele więcej bólu, niż bym się spodziewał, i powiedział szeptem: — Gdyby nie ja, nic by się nie wydarzyło.
Wtedy do mnie dotarło, słysząc słowa, które z takim trudem przeszły Syriuszowi przez gardło. Skupiłem się tylko na sobie. Myślałem tylko o tym, co sam przeżywam — a tak naprawdę to nie była tylko moja sprawa. Rozpocząłem swoisty łańcuszek bólu, ale swoim zachowaniem uniemożliwiłem nie tylko sobie zapomnienie o tym, co się wydarzyło, ale i chłopakom.
— Remus, zrozum. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz się z tym pogodzić. Nic nie zwróci mu życia i nic już nie możesz zrobić. A my… Z chłopakami pomożemy ci zawsze, gdy będziesz potrzebował.
Miałem mętlik w głowie. Niedawna wściekłość zupełnie ulotniła się, pozostawiając w zamian poczucie przytłaczającej bezradności. Nie umiałem nawet określić, co tak naprawdę czułem, czego potrzebowałem i co powinienem powiedzieć Syriuszowi, ale ta nagła bezradność była niczym w porównaniu do tego, co wcześniej odczuwałem. W pewien dziwny sposób… ulżyło mi.
— Tylko… Musisz nam tylko pozwolić.





Wyszliśmy potem ze Świńskiego Łba. Staliśmy w deszczu, na skraju Hogsmeade, i wpatrywaliśmy się w stojącą na uboczu Wrzeszczącą Chatę.
I — choć sam w to nie wierzyłem — teraz czułem się lepiej.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


8 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Konto usuniętewtorek, 15.czerwca.2010, 20:57
89.79.88.208

Zdecydowanie wynagradza poprzednią krótkość:D Remusowa notka - refleksje, obawy, ten deszcz/ulewa. Jak zwykle wspaniały klimat takiego prawdziwego pamiętnika, wspomnień. Podobał mi się sen:) Z początku myślałam, że Remus patrzy na drugiego Remusa, a potem te symboliczne kolory i... Aha! Zaskocznie, ale przyjemne:D Syriusz bardzo mi odpowiada - dojrzały facet jest pomimo tej otoczki;)
Pozdrawiam

Irys

Konto usuniętewtorek, 15.czerwca.2010, 21:06
79.139.54.10

Remus.
Syriusz.

Genialna notka...

Evans mnie wkurza, wkurza tak potwornie, że... że nie wiem co... - napiszę na nią coś złego, o! To będzie moja osobista zemsta, że tak się pastwi nad Remusem!. Wiedźma jedna.

Tak, mi także podobał się ten sen.

Konto usuniętewtorek, 15.czerwca.2010, 21:16
80.54.33.3

Tych odbitek na listach nie robiło się z czerwonego wosku, tylko z laki.
Za dużo używasz słowa "dziwny".

Prawdziwi przyjaciele.

chikachev OFśroda, 16.czerwca.2010, 17:14
83.238.225.5

O tym myślałam przy ostatnim rozdziale - o tym, co kieruje Syriuszem. Wreszcie to z siebie wyrzucił. I, ach, już pomyślałam, że Remus w końcu nie zabił Snejpa, tylko zamienił go w drugiego wilkołaka. Ciekawym zabiegiem była zmiana czasu narracji, napięcie rosło. I dla mnie dalej jest za mało, kocham Twoje Arkana, całe, bez kitu.

panna-ama amarantasobota, 19.czerwca.2010, 19:29
79.163.37.84

Rany, ten sen Remusa to był po prostu majstersztyk, z tą zmianą czasu na teraźniejszy... Niesamowite wrażenie to robiło, naprawdę. No i mój niezastąpiony Syriusz :D Swoją drogą zastanawiam się, czy Lily przypadkiem Remus po prostu nie wpadł w oko i dlatego tak go zaczęła bardziej obserwować, ta tajemniczość robi swoje :D
I zawsze się zastanawiam, czemu w każdym opowiadaniu Lily i James tak się nie znoszą.. :P

chameleon chameleonsobota, 19.czerwca.2010, 20:01
95.49.191.117

Najbardziej  podobał mi się sen, chyba nie będę oryginalna, jeśli to napiszę?

Twój Syriusz jest bardzo... prawdopodobny. A przynajmniej, moim zdaniem, odpowiada wrażeniu, jakie pozostawiła o nim Rowling. Myślę, że jest dobrym przerywnikiem w ponurej atmosferze, jaka panuje wokół Remusa. Mimo ich sytuacji, można się czasem dzięki niemu uśmiechnąć.

Jedynie, nad czym się usilnie zastanawiam, to w którym momencie zamierzasz zakończyć to opowiadanie, pamiętając o tym, co powiedziałaś - że będzie krótkie. Obyś nie przesadziła ;)

Raś.

being-sarcastic lysieńkaponiedziałek, 21.czerwca.2010, 23:51
95.40.229.123

zastanawiam się, kiedy remus się złamie. bo się złamie, prawda? przecież to remus! (i to na razie jedyna refleksja, która mnie naszła po tych czterech rozdziałach.)

EaseraWap EaseraWap.poniedziałek, 13.czerwca.2011, 02:30
94.137.162.52

I just book marked your blog on Digg and StumbleUpon.I enjoy reading your commentaries.



inni

artefakty, grzechy ojców, deicide, kroniki, pater noster, crescendo, papieżyca, tik-tak, morbid, collision, ja, mugol, Annie, krople; lorem ipsum.

okładka

całość, którą można tu zobaczyć, wykonała autorka. pan Bale.