poznaj, zaakceptuj, zostań,

Arkana smutku

Arkana smutku to tylko wierzchołek góry lodowej, która została spowodowana jednym wydarzeniem, wstęp do większej całości. Swoisty prolog nastawiony na opisanie zmian, jakie zaszły w Remusie Lupinie, głównej postaci i narratorze.
Co wydarzyło się później? Esencja strachu, bo potem był tylko strach.

Rozdział pierwszy - "Smak goryczy": wstęp, część pierwsza, część druga
Rozdział drugi - "Kula światła": część trzecia, część czwarta, część piąta
Rozdział trzeci - "Arkana smutku": część szósta, część siódma.

Powrót

Część piąta

piątek, 25.czerwca.2010, 22:45
Być może ta część - a raczej na pewno - nie nadaje się na rozdział, jednak koniec już się zbliża, a chciałabym go choć troszeczkę odwlec. Chciałabym też wrzucić coś naprawdę sporego, ale jednak Arkana nie są opowiadaniem skierowanym na rozbudowaną fabułę i akcję, a przedłużania na siłę i przegadywania wolałabym uniknąć. Bo tak nawiasem mówiąc - ten rozdział kończy część drugą z trzech i prawidłowym byłoby wrzucić ją w całości (rozdziały od trzeciego do piątego), ale to takie nieblogowe i za szybko by się skończyło ;)
Możecie bić, gryźć i kopać do woli, może następnym razem uda mi się Was zadowolić ;)


Wszystko powoli wracało do normy.
Śnieg wirował wokół nas, a tafla wody błyszczała mętnie. I nawet mimo zimy, która na dobre zagościła w Hogwarcie, siedzieliśmy na błoniach.
Nic nie wskazywało na to, by coś szczególnego miało się wydarzyć. Panowała specyficzna atmosfera, ociężała, ale przy tym spokojna, jakby wszystko jeszcze było uśpione. Zupełnie zwyczajnie — ostatnio ciągle to powtarzałem, może dlatego, że wyczekiwałem, aż wszystko znowu wróci do normy? — herbata w kubku i tarta na śniadanie, później pergaminy wypracowania na transmutacje, nic konkretnego i zajmującego. Śnieg prószył za oknem, w kominkach trzaskał ogień i roztaczał swoje przyjemne ciepło, co tylko dopełniało senny nastrój.
Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim uświadomiłem sobie, że coś się zmienia. Poczułem w sobie iskierkę, chęć zrobienia czegoś, czego unikałem od miesięcy — i nie wiem, jak to się stało, ale w końcu wyszliśmy nad jezioro. Nie musiałem nawet ich przekonywać, James od razu rzucił książki, twarz Petera rozjaśniała, a Syriusz uśmiechnął się z pewną ulgą. Może wracał stary Remus? Chociaż wiedziałem, że nic już nie będzie takie samo, jak przed tym, co się wydarzyło, miałem nadzieję.
— Jak dobrze znowu się tu znaleźć — westchnął Syriusz, siadając tuż przy dębie i kładąc się na śniegu. Przeciągnął się jak po długim śnie z rękami nad głową. Akurat przestało sypać, z nieba leciały tylko pojedyncze płatki, wyjątkowo duże i wyraźne, niektóre pozlepiane jak maleńkie origami albo pojedyncze pajęczynki wzorów.
Jezioro, puszczanie kaczek na jego tafli i wylegiwanie się w trawie. Czasami droczenie się z Lily i jej koleżankami, które równie często przesiadywały na błoniach. Kiedyś było to naszym zwyczajem. Co sobotę opuszczaliśmy zamek, nawet w największe zawieruchy, by spędzić tam choć chwilę. Ostatnio wiele się zmieniło, unikałem miejsc, z których widoczna była wierzba i które mogłyby wspomnieć mi to, co się wydarzyło, teraz po prostu poczułem coś nowego. Wiedziałem, że to czas na nowy początek. Przełom, o którym myślałem, że nigdy nie nadejdzie.
— Tylko trochę zimno — mruknął Peter. Szczelniej owinął szyję czerwono-złotym szalikiem tak, że nie widać mu było brody, ust i połowy nosa. Po chwili potarł dłonie energicznie i zmrużył oczy. — A to słońce strasznie razi.
— Odbija się od śniegu, nie? — Usłyszałem głos Jamesa, jego ton miał w sobie nieco politowania i zirytowania, ale uśmiechał się łobuzersko. — Nie marudź, Glizdek. Jest naprawdę ładna pogoda.
— Ładna jak ładna — burknął ze złością. — Jest zimno, śniegu po kolana i zaraz pewnie znowu zacznie padać. — Wskazał dłonią na ciemne chmury, które kłębiły się nad nami.
— Więc zacznie. Nie umrzesz od odrobiny śniegu.
— Jesteś głupi. — Peter spochmurniał i popatrzył na niego spode łba. — Nie każdy lubi śnieg.
Potter odwrócił głowę powoli, z szarmanckim uśmiechem i dzikim błyskiem w oku.
— Czas polubić, nie sądzisz? — Zabrzmiało to jak nieco groźnie, ale w typowy dla Jamesa zawadiacki sposób. Dałbym sobie odciąć rękę, że było to zaproszenie do bitwy na śnieżki albo coś w tym stylu. Ale Peter chyba przejrzał jego zamiary i tylko mruknął:
— Daj spokój.
— No co? — Znów posłał mu rozbrajający uśmiech, ale ten tylko machnął ręką.
— Obaj jesteście głupi. — Od strony dębu doszedł nas niski głos Syriusza. Leżał w dłońmi zasłaniającymi twarz, jakby bronił się przed słońcem, które naprawdę zaczynało dawać się nam we znaki. — Człowiek nawet chwili odpoczynku mieć nie może, bo musi słuchać takich bzdur.
James parsknął i przeczesał kłębowisko czarnych włosów, a po jego wzroku widziałem, że zaraz zacznie się kolejna wymiana zdań.
— Jesteś idiotą, wiesz? — Padło. Proste, mało wymyślne, ale jak zwykle podziałało — Syriusz poderwał się aż zadziwiająco szybko, rozrzucając wokół siebie tumany białego puchu. Już otwierał usta, by tylko jak najbardziej dociąć Jamesowi. Zaczęło się.
Patrzyłem z uśmiechem, jak się sprzeczają ze sobą. Nie martwiłem się tym wcale — kiedyś często się przedrzeźnialiśmy, nie miało to jednak w sobie nic z kłótni, zwykłe, prawie że braterskie zachowanie. Kiedyś i teraz nagle wróciło. Widocznie naprawdę powoli wszystko wracało do normy.
Potem nagle obaj wybuchnęli śmiechem. Zaraz dołączył do nich Peter ze swoim nieco nerwowym chichotem — i ja. Nie odzywałem się dotąd, po prostu ich obserwując, teraz poczułem nagle, że jestem szczęśliwy. Lekki i beztroski, jakby sto funtów ciężaru spadło mi z piersi.
— Wiecie… — zacząłem. — Dobrze, że znowu…
— …wszystko jest tak, jak dawniej? — wpadł mi w słowo Syriusz, uśmiechając się pogodnie. Skinąłem głową; w duchu dodałem jedynie „prawie jak dawniej”, ale już bez cienia goryczy. Było to najlepszym, czego mogłem oczekiwać po takich przeżyciach, i zaczynałem to doceniać.
Zacząłem też inaczej patrzyć na pełnię. Może niekoniecznie na wszystkie jej aspekty, bo pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, jednak miała swoje plusy. Brzmiało to absurdalnie i chciałem śmiać się — pewnie szaleńczo — lub prychnąć, gdy tak o tym myślałem, jednak coś w tym było.
Zawsze niewiele z nich pamiętałem — i teraz było to dla mnie zbawieniem. Kiedyś niemal przez pół miesiąca żyłem ze strachem i wyczekiwałem, aż nadejdzie następna, czekałem tylko na ten ból, gdy przemieniałem się, i nieokiełznany szał, w który wpadałem. Może i miałem tylko przebłyski tego wszystkiego — jak przez mgłę albo po wyśnieniu dziwnego snu, który się potem niemal w całości zapomina — ale bałem się tego strasznie. A teraz cieszyło mnie to. Czarne dziury w pamięci ocaliły mnie od uczuć i myśli o działaniach, o których nie chciałem teraz nawet myśleć i nawet przed sobą ukrywałem je. A gdyby dowiedzieli się o nich oni…
Wolałem nawet nie myśleć, jak zareagowaliby. Szok, zmartwienie czy złość, że coś takiego przeszło mi przez myśl?
Jednak poradziłem sobie z tym; wrócili do mnie, gdy tylko zaczęło się ściemniać, a ja już byłem wilkołakiem. Pamiętam tyle, że nagle znaleźli się przy mnie, gdy z furią zniszczyłem chyba wszystkie pozostałości mebli w przedpokoju Wrzeszczącej Chaty i miałem zamiar zdemolować pokoje na piętrze, więc w samą porę. Akurat cała fala złości dopiero mnie zalewała i mogli ją bez problemu opanować. Jako zwierzęta… Nie mogłem tego pojąć, ale panowali nade mną, a sam robiłem się niemal tak pokorny jak zwykły pies. Tylko czasami miałem ataki furii — Syriusz i James radzili sobie pokonaniem tego. Byłem jak ktoś chory psychicznie, nieszkodliwy, ale czasami wpadający w nieopanowaną złość — a oni moimi opiekunami. Dziwne, może niekoniecznie udane porównanie — ale takie miałem wrażenie.
— Co robimy później? — Peter przerwał ciszę, która zapadła. Syriusz leżał na plecach i patrzył w niebo z nieobecnym wzrokiem, James miął w dłoniach śnieg, a ja siedziałem oparty o pień. Idylla, cisza i spokój. Aż dziwnie spokojnie, jak cisza przed burzą.
— Nie wiem, co robimy. Ja mam szlaban u Ślimaka, zapomniałeś? — sarknął Black. — Naprawdę zaczynam mieć dość.
Peter parsknął śmiechem.
— Ty? Trzeba było nie wrzucać Evans smoczej łuski do kociołka. Wszystko eksplodowało! — Wyglądał, jak małe dziecko, radosne i uśmiechające się do wszystkich pogodnie, pełne niewinności. Naprawdę go to bawiło, a żarty Syriusza — mało wyrafinowane, jakby nie patrzeć — sprawiały mu radość, nawet mu imponowały.
— Masz za swoje. — James posłał mu zadziorne spojrzenie i pokiwał palcem gestem rodzica, który ostrzega, że jeszcze trochę i dostanie karę.
— Już trudno. Przynajmniej było zabawnie, no nie?
Zaśmiałem się. Wszystko wracało, a ja czułem w piersi coś jakby kulę światła, nadzieję, która nagle zapłonęła z całą siłą i aż mnie rozpierała.
— No nic. Może chodźmy do zamku, co? Chciałbym się choć trochę ogrzać przy kominku, zanim trafię do lochów.
Tak, jak kiedyś; szlabany, kawały, beztroska, te niepowtarzalne chwile — mimo że nie było w nich niczego nadzwyczajnego. Cała otoczka bycia Huncwotem. Wracałem — ale i oni wracali. Powoli otrząsaliśmy się z tego, jak po wielkiej burzy, którą przetrwaliśmy. Teraz nie mogło się już wydarzyć nic złego. Nie, byłem nawet tego pewny — że los obszedł się z nami niezbyt łaskawie, ale nie mógł sprowadzić na nas większego nieszczęścia.
Ale, choć nie mogłem w to uwierzyć, myliłem się.
Później było jeszcze gorzej.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


11 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Konto usuniętesobota, 26.czerwca.2010, 16:01
80.54.33.3

Końcówka trochę uratowała rozdział.

Ish Ish.sobota, 26.czerwca.2010, 20:58
77.253.174.47

Trochę zapchajdziura. Piątki chcemy!

Ishie Ishie.sobota, 26.czerwca.2010, 21:28
77.253.174.47

(To znaczy chcemy szóstki, piątkę już mamy, ale Ishie skończyła LO z dopem z matematyki).

Konto usuniętesobota, 26.czerwca.2010, 21:29
89.79.88.208

Końcówka groźna bym powiedziała. Mnie się podobało, bo mogłam ogrzać się w cieple kominka, pooglądać wirujące płatki śniegu i pośmiać się z huncwotami. Lubię takie notki, z których wprost wydziera się nastrój beztroski i relaksu, ale jak ukazuje zakończenie - ta beztroska była tylko złudna. Ciekawe, co też los przyniesie;)
Pozdrawiam

Irys

hogwart-mystery hogwart-mysteryponiedziałek, 28.czerwca.2010, 21:00
87.116.254.9

Taka sielanka. Tak mogłoby się wydawać, ale końcówka nadała pikanterii. Czekamy więc teraz na szósteczkę! Czyżby to miałby być już koniec? Mam nadzieję, że nie.

Coco

panna-ama amarantaponiedziałek, 28.czerwca.2010, 22:19
79.163.8.101

Jak zwykle bardzo ładne, plastyczne opisy oraz poprawne opisy uczuć. I wiesz, rozumiem, że starasz się trochę przedłużać akcję, bo nie chcesz za szybko kończyć, ale... Nie myślałaś o wprowadzeniu czegokolwiek więcej do akcji? Jakichś wątków pobocznych itp., na przykład tego przekomarzania się z Lily. Bo wiesz, rozumiem, że to taki jakby pamiętnik Remusa, ale mimo wszystko trochę mało się dzieje :D
Ale jak zwykle jest ładnie i zajmująco :)

being-sarcastic lysieńkawtorek, 29.czerwca.2010, 23:54
95.41.183.90

urocza ta zapchajdziura.

Konto usunięteniedziela, 11.lipca.2010, 21:54
79.139.54.10

Całkiem przyjemny rozdzialik :)

EaseraWap EaseraWap.poniedziałek, 13.czerwca.2011, 02:29
95.65.80.55

I just sent this post to a bunch of my friends as I agree with most of what you’re saying here and the way you’ve presented it is awesome.

encofefautt encofefautt.sobota, 25.czerwca.2011, 13:22
212.88.118.181

I just sent this post to a bunch of my friends as I agree with most of what you’re saying here and the way you’ve presented it is awesome.

How To Get ABS How To Get ABS.sobota, 8.października.2011, 16:11
111.116.75.108

You certainly deserve a round of applause for your post and more specifically, your blog in general. Very high quality material



inni

artefakty, grzechy ojców, deicide, kroniki, pater noster, crescendo, papieżyca, tik-tak, morbid, collision, ja, mugol, Annie, krople; lorem ipsum.

okładka

całość, którą można tu zobaczyć, wykonała autorka. pan Bale.