Mówi się, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. Czy to prawda?
Pamiętam, że ten dzień zaczął się zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie mógł tego zmienić nawet kolejny atak zimy, która ciężkim płaszczem owionęła mury Hogwartu. Wszystko wokoło pokryła prawie metrowa warstwa puchu — bardzo lekkiego i suchego w wielkim mrozie. Było zimno, ale pięknie. Światło odbijało się od śniegu, że za oknami aż jaśniało od tego blasku.
Pamiętam, że to przyjemne ciepło obudziło mnie przed innymi. Przez moment wsłuchiwałem się, jak Syriusz mamrocze coś pod nosem przez sen, Peter chrapie, i patrzyłem na Jamesa całkiem schowanego pod kołdrą. I wtedy znowu poczułem w sobie to światło. Po cierpieniu i poczuciu winy, w których topiłem się ten cały czas, poprzez uczucie pustki — jakbym został pozbawiony emocji — nadeszło coś, czego tak naprawdę nie potrafiłem nazwać. „Światło” brzmiało niedorzecznie, ale nie umiałem tego inaczej określić. Dało mi to nadzieję, pewnie złudną, ale chciałem obudzić w sobie choć odrobinę optymizmu dla przyjaciół, by więcej nie być dla nich ciężarem.
Nie sądziłem, że w taki dzień może wydarzyć się cokolwiek złego. Myślałem, że odcierpiałem swoje, pociągając za tym cierpienie innych — i że wreszcie… Wreszcie wszystko wróci do normy. Względnej normy. A przynajmniej do takiego stanu, jakiego można by oczekiwać po przeżyciu takich chwil. Podobno po każdym deszczu, nawet największej ulewie, wychodzi zawsze słońce — promień nadziei na lepsze jutro.
Przekonałem się, że nie powinienem oceniać dnia przed jego zachodem. W prostym przysłowiu kryło się wiele prawdy — i poznałem to na własnej skórze.
Jednak nigdy nie sądziłem, że jakikolwiek artykuł może wywołać taką panikę w szkole.
Śniadanie — owsianka, sok z dyni i szpinakowa tarta, czyli monotonna codzienność — zmieniło się nagle w chwilę zupełnego szoku oraz rozpaczy.
Pierwsze piski i zduszone westchnięcia rozległy się zaraz po tym, jak sowy wleciały do Wielkiej Sali i zaczęły rozlatywać się do adresatów z pocztą i prenumeratą gazet. Patrzyłem ze zdziwieniem na przerażone spojrzenia, które szybko pochłaniały kolejne linijki tekstu pod nagłówkiem Proroka Codziennego. Nie wiedziałem jeszcze, co się dzieje, myśląc o czymkolwiek, ale nie o takim obrocie sprawy. Bo kto od razu zakłada najgorsze?
— Śmierciożercy… Oni… — Padło gdzieś, a ja już wiedziałem, co mogło się stać.
Kilka Gryfonek zdążyło pospiesznie wstać od stołu i wybiec z Sali, niektórzy przyglądali się tylko albo milczeli z półotwartymi ustami — jak Peter, który wyglądał na zagubionego, jakby coś w nim nagle zgasło.
— Merlinie — szepnął tylko.
— Remus, masz gazetę? — zapytał wtedy James, unosząc brwi i obserwując rosnące zamieszanie.
Pokręciłem tylko głową.
— Szlag. Muszę się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi.
Akurat ostatnio zrezygnowałem z prenumeraty, a teraz żałowałem tego z całego serca.
— Może ktoś będzie miał… — Zaczął się rozglądać po uczniach przy naszym stole.
Na samym końcu zdążyła się sformułować grupka siódmoklasistów, którzy wspólnie przeglądali szybko strony, trochę bliżej siedziała Lily ze swoimi przyjaciółkami, zupełnie zasłonięte rozłożoną gazetą. Obok nas prawie że wyrywali sobie Proroka, a podobne zachowywało się jeszcze co najmniej kilkunastu Gryfonów. Byłem pewny, że nie damy rady zdobyć dzisiejszego wydania.
— No nie wiem.
Ale zaraz poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Syriusz przyszedł do nas — jak zwykle zaspał — trzymając w dłoniach wymięty egzemplarz Proroka Codziennego, który miał już podartą w kilku miejscach pierwszą stronę, jakby ktoś próbował mu ją wcześniej wydrzeć.
— Obudził mnie płacz w Pokoju… Słyszałem go aż w dormitorium — powiedział na wstępie z lekką zadyszką.
— Co piszą? — Natychmiast zainteresował się James. Miał błysk w oku, który zdarzał mu się rzadko. Peter podniósł wzrok; był nieco zarumieniony, chyba z nerwów.
— Niewiele, mało konkretnie.
Syriusz szybko usiadł obok mnie, podał Jamesowi gazetę i bezradnie potarł włosy. Miał cienie pod oczami i wyglądał, jakby nie przespał kilku nocy z rzędu.
— Tyle że zaatakowano w okolicy Bridgwater, ale zaraz zaczęto zabijać mugoli w jakiejś wiosce obok. No i mieszkało tam kilku czarodziejów, próbowali ich jakoś powstrzymać, ale…
„Masowy atak Śmierciożerców” widniało na pierwszych stronach. Zerknąłem na gotycką czcionkę i zdjęcie płonących domów, nad którymi błyszczał i zaczynał się już rozmywać Mroczny Znak. Niżej, mniejszym drukiem, umieszczono: „Setki zabitych mugoli, wśród ofiar czarodzieje”.
— Więc…
— Tak. To musieli być Śmierciożercy.
— Słyszeliśmy
— To jest chore… — szepnął Peter.
— Nawet mi nie mów, stary — żachnął się Syriusz i westchnął.
Potter pochłaniał wzrokiem kolejne wersy tekstu, a ja nawet nie chciałem tego czytać, sam nie wiedząc czemu. Może wystarczyło mi to, co słyszałem, zupełnie odebrało mi ochotę do czegokolwiek. Ogarnęło mnie zupełne zrezygnowanie.
— Zabić tyle osób dla zabawy… Są jak zwierzęta, nawet gorzej.
Potem zapadło ponure milczenie, wymieniano sugestywne spojrzenia. Niemal wszyscy zamilkli, tylko ze strony stołu Ślizgonów docierały szepty i ciche parsknięcia. Czułem w sobie gonitwę myśli, każdą niekonkretną, ale byłem pewny, że to nic w porównaniu z tymi, którzy być może za niedługo zostaną wezwani do gabinetu dyrektora. Zdarzały się już pojedyncze ataki, ale nigdy…
Od tego zaczął się gorzki okres w całej szkole.
Gorzkie były rozmowy, zajęcia, czas między lekcjami i posiłki. A w końcu przerwa świąteczna. Nadchodziło Boże Narodzenie.
Przy zamęcie, który wybuchł z początku, a który później ciężką ciszą zaległ wśród korytarzy i chłodnych od zimowego mrozu komnat, czułem się nikim, małym pyłkiem. Cierpiałem. Jednak teraz cierpieli prawie wszyscy.
Nie wszyscy radzili sobie z tym, co się działo. Już na drugi dzień po ataku kilku uczniów zdecydowało się na powrót do domów. Mimo to zaczęto już rozwieszać ozdóbki i wnosić drzewka bożonarodzeniowe, zbroje już śpiewały kolędy, a małe elfy śmiały się z choinek. Jednak nie miały to być święta takie, jak kiedyś. Wszystko się zmieniało.
Ale, co mnie najbardziej dziwiło, Lily nie wyjechała.
Był to dzień jak poprzednie tej zimy, pozornie niczym się nie wyróżniał. Tydzień do wigilii. Wielka choinka przystrojona złotymi łańcuchami i czerwonymi bombkami skrzyła się tuż przy oknie magicznymi iskrami. W kominku trzaskały polana, było ciepło i — gdyby nie okoliczności — na pewno cieszyłbym się. Minęło południe i większość tych, którzy zostali w Hogwarcie na święta, zeszła już na obiad.
— Na pewno nie idziesz z nami? — zapytał jeszcze Syriusz.
Kiwnąłem głową; Syriusz klepnął mnie jeszcze w ramię, skinął chłopakom i zniknęli za obrazem Grubej Damy. W Pokoju Wspólnym pozostałem sam.
Śnieg prószył na zewnątrz. Ciemnogranatowe chmury zaległy nad zamkiem; było ponuro — to odzwierciedlało atmosferę wewnątrz szkoły.
I wtedy z dormitoriów zeszła Lily. Wstrzymałem oddech, patrząc, jak podchodzi do mnie z uśmiechem.
— Można? — zapytała tylko, wskazując na pusty fotel obok mnie. Skinąłem głową.
— Też nie masz ochoty nic jeść, co? — Popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, opadając głębiej w ciemnoszkarłatną pufę.
Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, gdy dodała:
— Te święta będą wyjątkowo ponure. —Westchnęła. Zdziwiłem się; nigdy nie była skora do zwierzania się, więc dlaczego zaczęła otwierać się akurat przede mną. Miałem złe przeczucia. Przez tyle dni obserwowała mnie w milczeniu, myślałem, że nie będzie chciała ze mną rozmawiać po tym, co się stało na meczu — i nie wątpiłem, że mogła coś podejrzewać. Teraz nagle po prostu podeszła i zaczęła temat, który na pewno był dla niej trudny.
— Tak — przyznałem po prostu. — Dlaczego zostałaś? — zagadałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Chciałem uniknąć ciszy, która nieuchronnie zapadłaby, gdybym się nie odezwał.
— Wiesz… Wszystko działo się niedaleko mojego domu, więc rodzice kazali mi zostać tutaj…
— No tak… — mruknąłem. Żałowałem, że nie ugryzłem się w język, dlaczego zadałem tak nieprzemyślane pytanie? Zacząłem sam kopać pod sobą dołki. — Rozumiem.
— Chciałabym wyjechać, ale, jeżeli mają być dzięki temu spokojniejsi, to zostanę. — Wzruszyła ramionami, udając, że nie sprawia jej to bólu. Po drżącej wardze i trzęsących się dłoniach, którymi non stop poprawiała włosy, widziałem, że jednak z trudem sobie z tym radzi.
— Musi ci być ciężko — wybełkotałem. Zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć, ale nie mogłem już teraz odejść i zostawić ją tak, gdy sama do mnie przyszła. Nie mogłem znów popełnić tego samego błędu i dać jej powód do myślenia, że coś się ze mną dzieje.
— Jak każdemu. — Uśmiechnęła się blado. — Nikomu nie jest lekko, Remusie.
— Najważniejsze, że nic się im nie stało… — Odwzajemniłem uśmiech, choć nie byłem skory do radości. Zaczynałem czuć się naprawdę niezręcznie, jedną ręką odruchowo położyłem na karku i patrzyłem na nią niepewnie. Nie chciałem, by myślała, że rozmowy na te tematy były mi niewygodne, ale chyba po prostu pomyślała, że i mi jest trudno, bo uśmiechnęła się ze zrozumieniem i wyszeptała:
— Tak. O nic innego nie mogłam prosić…
Wtedy nagle uniosła wzrok ku sufitowi, a w kącikach oczu zaczęły zbierać się łzy. Nie wiedziałem zupełnie, co zrobić.
— Przepraszam, Remus, ja… — mruknęła zakłopotana, jedną ręką ocierając strużki, które spływały po policzkach, a drugą wykonując bezwładne gesty. Odwróciła głowę tak, bym nie widział, jak płacze. Nie wiedziałem, czy powinienem ją pocieszyć, przytulić, powiedzieć coś, więc… Tylko stałem bez ruchu. Minęła minuta, może dwie, ale była to najdłuższa chwila, jaką ostatnio przeżyłem.
Gdy w końcu spojrzała na mnie, przygryzając wargi i uśmiechając się przepraszająco, spadł mi ciężar z piersi.
— Remus, przepraszam — szepnęła cichutko — ale już po prostu tego nie wytrzymuję. Najpierw Severus, teraz to…
Grzęzłem. Nie chciałem o tym rozmawiać, nie teraz… Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czułem się potwornie. To była moja wina. Padła ofiarą zmartwień, których źródłem byłem ja, ale i Śmierciożercy. Mordercy zabijający bezbronnych, bezwzględni. Czy byłem do nich podobny? Przełknąłem gulę goryczy, która nagle zaczęła uciskać mnie w gardle.
Nie. Ja byłem taki sam jak oni.
— Ja… Nie wiem, dlaczego w ogóle z tobą o tym rozmawiam. — Zaczęła nagle nerwowo śmiać się. Traciła głowę, była przytłoczona i już chyba nie wiedziała, co zrobić. Za bardzo się otworzyła i przygniotło to ją. — Ale wydaje mi się… Jestem pewna, że coś o tym wiesz.
— C-co? O czym?
Posłała mi dziwne, nieodgadnione spojrzenie. Zmarszczyła brwi i nabrała powietrza w płuca, jakby zbierała odwagę, by mi coś powiedzieć.
Cholera, pomyślałem.
— O Severusie. — Skrzywiła się, jakby to imię z trudem przeszło jej przez gardło. Spojrzała wtedy na swoje buty i zamilkła na chwilę — kolejny moment wieczności. Ale gdy się już odezwała, jej głos miał w sobie wiele zdecydowania. — Nie musisz tego przede mną ukrywać — powiedziała zdławionym głosem. Po policzkach pociekły kolejne strumienie łez, a oczy już całkiem napuchły od płaczu, stały się małe i zaszklone. — Ja… Mi możesz powiedzieć.
— Ale… Nie wiem, o czym mówisz — mruknąłem, starając się brzmieć obojętnie, ale głos nieco mi drżał. Musiałem jakoś sobie z tym poradzić, chciałem uciec i zrobiłbym to, gdybym nie pamiętał, jaki już raz popełniłem błąd. Musiałem z tego wybrnąć, choć wiedziałem, że już przegrałem.
Wtedy stało się coś, czego nie oczekiwałem. Nie po Evans, spokojnej dziewczynie, może i skrzywdzonej. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo się zmieniła przez to, co się wydarzyło. Byłem temu winny.
— Nie wiem, czemu to robisz — warknęła nagle z bólem, mrużąc oczy — ale mnie nie oszukasz.
Wstała z fotela i wyszła.