Dacie wiarę, że zagapiłam się i zapomniałam dodać wczoraj ostatnią część?
Pierwszy raz kończę opowiadanie wrzucane na bloga, więc trudno mi stwierdzić, co powinnam napisać, bo jednak coś trzeba - więc standardowo podziękuję wszystkim czytelnikom, a zwłaszcza Pik, która była z Arkanami od pierwszej części.
Ciężko mi kończyć Arkana i zdaję sobie sprawę, że jest znacznie gorzej od reszty. Mimo to jestem naprawdę zadowolona, że doprowadziłam do finału, jedynie żałuję, że "przygoda" z Remusem trwała tylko tyle, ale koncepcji zmieniać nie chciałam. Czuję się też trochę winna, że wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, ale planowałam tak od początku - a też pewnych rzeczy ludzie nie planują, prawda? Przynajmniej większość nie.
A żeby patosu i kiczu też trochę było - nie mówię: "Żegnajcie" a: "Do widzenia" ;)
Nie minęła może godzina, gdy wróciła. Podeszła do mnie i powiedziała ozięble:
— Dumbledore wzywa cię do siebie.
Zdębiałem, patrząc na Lily. Odwróciła wzrok i mruknęła jeszcze:
— Hasłem są: „Karmelki”.
Więcej się do mnie nie odezwała. Potem poszła do dormitorium — i też więcej jej nie widziałem.
Cały ten czas przesiedziałem sam, czując lawinę myśli. Starałem się zachować spokój, choć wiedziałem, że coś jest nie tak. Bałem się, że zaraz przestanę sobie z tym radzić, już teraz ledwie to potrafiłem udźwignąć, a wtedy ona wróciła i…
Nagle tyle spraw spadło na mnie. Czułem się strasznie — teraz dopiero w pełni uświadamiałem sobie, co uczyniłem. Nie tylko zabiłem. Zrobiłem coś znacznie gorszego i zasługiwałem tylko na potępienie. Chciałem nawet przyznać się, powiedzieć Dumbledore’owi — zawiodłem jego zaufanie i strasznie mnie to przytłaczało. Ale czy mogłem zrobić coś takiego chłopakom? Gdy tak naprawdę to JA byłem mordercą? Ja zabiłem, nie oni. Nie mogły tego zmienić nawet słowa Syriusza, bo co z tego, że przez jego żart Severus odkrył tunel i przyszedł do Wrzeszczącej Chaty? Gdybym nie był wilkołakiem, nie zginąłby.
Tak, byłem mordercą. Teraz całym sobą, wszystkimi cząstkami duszy i ciała, czułem się potworem. Miałem ochotę umrzeć… Co z tego, że nie byłoby to sprawiedliwe względem tych, których skrzywdziłem? Przynajmniej nie skrzywdziłbym już nikogo więcej. To się teraz liczyło, bo z tym, co już się stało, nie potrafiłem już nic uczynić.
Widząc codziennie Lily, czułem się jak morderca nie tylko jednej osoby — zabiłem i ją. Nie zabiłem fizycznie, a mentalnie, zabiłem jej osobowość i duszę. Zmieniłem ją we wrak człowieka, istotą zbyt kruchą i niepotrafiącą się odnaleźć we wszystkim, co się działo. Jak mogłem myśleć, że śmierć przyjaciela nie wpłynie na nią? Ale dlaczego zmieniło ją to aż tak? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że byłem temu winny. Chciałem jej pomóc, ale nie potrafiłem.
A teraz to… Jak to się mogło stać? Powiedziała Dumbledore’owi? Czy wiedział?
Szedłem jak na ścięcie, a towarzyszył mi tylko odgłos moich kroków w pustych korytarzach. Lily została w Pokoju, nawet na mnie nie patrząc — i to mnie martwiło. Dlaczego nie chciała spojrzeć mi w oczy?
Widziała we mnie potwora, pomyślałem. I chciała trzymać się jak najdalej.
Gdy znalazłem się przed gabinetem, spojrzałem w oczy chimery. Szepnąłem tylko:
— Karmelki…
To chyba był mój koniec.
— Witam, panie Lupin. — Usłyszałem już dobrze znany głos, gdy tylko wszedłem do gabinetu. Dumbledore w swojej fioletowej szacie stał za biurkiem i uważnie mi się przyglądał. Momentalnie serce przyspieszyło groźnie i poczułem zawroty głowy. Zwykle nie tak dyrektor zachowywał się, gdy już kilka razy byłem jego gościem. Dawał chwilkę na obejrzenie portretów, swojego feniksa, czekał te kilkanaście sekund, aż uczeń się nieco uspokoi — dopiero wtedy ujawniał swoją obecność. Teraz było inaczej.
Coś było nie tak.
Naprawdę to był mój koniec. Wie…, pomyślałem.
— Dzień dobry, panie profesorze… — powiedziałem szybko. Starałem się brzmieć spokojnie, ale już drżał mi głos.
— Czy aby na pewno uważasz go za dobry, Remusie?
Zdębiałem. W jego głosie usłyszałem srogość.
— Wiele złych rzeczy wydarzyło się ostatnio — kontynuował. Wskazał mi dłonią krzesło, patrząc na mnie znad szkieł okularów-połówek.
— C-co ma pan na myśli?
— Och, Remusie. Zdawało mi się, że wiesz. Zawsze wierzyłem, że jesteś inteligentnym chłopcem. — Posłał mi to swoje pogodne spojrzenie. Lekko mi ulżyło i uśmiechnąłem się niepewnie do niego, ale wciąż miałem wątpliwości. Po co mnie wezwał. Dlaczego? Dlaczego akurat teraz?
— Myślałem, że o atakach Śmierciożerców wiedzą wszyscy, mylę się?
— S-skąd — odparłem od razu. Nie chciałem, by poznał, że się tak denerwuję. Znów uśmiechnąłem się blado i oparłem łokcie o podłokietniki krzesła. Nie chciałem nawet zacząć się rozglądać po wnętrzu gabinetu; miałem dziwne wrażenie, że tym pokażę, że nie chcę patrzeć na niego, a to z pewnością dałoby wyraz mojemu zdenerwowaniu.
— Oczywiście. Ten Prorok Codzienny… Powiedz mi, Remusie, co sądzisz o Śmierciożercach? — zapytał nagle.
— J-ja? Oczywiście, są potworami, zabić tyle osób…
— Prawda? Okrutne i smutne.
— Co ma pan na myśli? — powtórzyłem znowu to pytanie. Czułem, że dopóki rozmawiamy o Śmierciożercach, jestem stosunkowo bezpieczny. Nie wiedziałem jednak, dlaczego wybrał taki temat. Dlaczego?
— Okrutne jest to, że był to jedynie atak przeprowadzony dla ich przyjemności. A smutne… Jak pan myśli, co w tym jest smutne? — W jego niebieskich oczach błysnęła jakaś dziwna iskra.
— Nie wiem — odparłem i wstrzymałem oddech. — Może… Że bawią się ludzkim życiem? — wypaliłem, chcąc powiedzieć cokolwiek.
— Można tak to ująć. A teraz, panie Lupin — nagle wrócił do mówienia mi po nazwisku — gdyby miał pan szansę, chciałby pan ich powstrzymać?
I przez to pytanie umiejętnie wprowadził mnie w swoje sidła. O to chodziło? O to? Zapytać mnie, czy zabiłbym, gdybym mógł? Co miałem odpowiedzieć?
— N-nie wiem — szepnąłem. Przegrałem, naprawdę przegrałem. Na pewno wiedział. — Czy nie powinni zająć się tym Aurorzy?
— Owszem. — Uśmiechnął się do mnie, ale wciąż przyglądał mi się uważnie. Udało mi się, tym razem mi się udało. Ale to był przypadek i wiedziałem, że nie powinienem się cieszyć. Gdyby chciał, i tak dowiedziałby się wszystkiego. O ile już nie wiedział.
— Niestety, ostatnio dzieje się źle — powiedział. — Nawet na terenie naszej szkoły dzieje się zło.
O to cały czas chodziło.
— Zaginięcie Severusa Snape’a, Remusie.
— C-czy wiadomo już, co się z nim stało?
— Owszem. — Zabrzmiało to złowrogo. Skuliłem się, ale czekałem. — Sytuacja się klaruje, ale, oczywiście, są to informacje przeznaczone dla grona pedagogicznego. Pewne rzeczy mogłyby wywołać u uczniów panikę.
Takie jak wilkołak, pomyślałem.
— Żyjemy w jednym świecie, panie Lupin. I wszyscy musimy starać się i pracować nad sobą, byśmy mogli żyć w pokoju i szczęśliwie. Nie zawiedziesz mnie, prawda?
— Ale co ma pan na myśli?
— Remusie — zaśmiał się. — Domyślam się, że wiesz.
Krew zaczęła prawie wrzeć mi w żyłach. Zbladłem, w piersi poczułem ogromny uścisk. Dumbledore popatrzył na mnie bacznie, a w oczach błysnął mu znów ten dziwny ogień. Ale zapytał tylko:
— Może dropsa, panie Lupin?
— Remus! Tu jesteś, szukałem cię… — usłyszałem głos Syriusza. Jak burza wpadłem do Pokoju Wspólnego; był pusty. Szybko pobiegłem do niego i szepnąłem z trwogą:
— On wie!
— Czekaj, Remus… O co ci chodzi?
— O Dumbledore’a! On o wszystkim wie!
Zacząłem krzyczeć. Stałem naprzeciwko niego, zdyszany i wystraszony, chciałem rwać sobie włosy z głowy i uciec gdzieś.
— Uspokój się — żachnął się. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął lekko. Patrzył na mnie z tym swoim wyrachowanym sceptycyzmem. Jak mógł?! Prawie umierałem ze strachu, a on mi nie wierzył! — Na pewno nie wie — mówił powoli, jakbym był dzieckiem. — Zresztą skąd to wiesz?
— Wezwał mnie do gabinetu, a ja, ja… Jestem tego pewny, uwierz mi!
— Cii, uspokój się. — Położył mi dłoń na ramieniu, miał troskę w oczach. — A niby skąd wie?
— Lily, ona… powiedziała mu. Na pewno.
— No coś ty — parsknął śmiechem. — Zwariowałeś, niepotrzebnie się denerwujesz, no naprawdę.
Pokręcił głową i tym mnie tylko rozjuszył.
— Domyśliła się.
Wyszarpnąłem się i zacząłem krążyć po Pokoju.
— On wie — powtórzyłem. Podniosłem rękę do ust i zaraz opuściłem, machinalnie znów uniosłem i zacząłem nerwowo przeczesywać włosy. — Jestem pewny. Ale nie powiedziałem mu nic…
— Czekaj, czekaj, Remus, spokojnie. Nic się nie dzieje — mruknął do mnie uspokajająco. Ale mnie nic już nie mogło uspokoić. — W ogóle co ci powiedział?
— On… — zacząłem i sapnąłem. — Sam nie wiem! Najpierw mówił o Śmierciożercach, potem zapytał, czy bym ich zabił…
— Co? No teraz już przesadzasz, stary Dubel? — Znów parsknął. Popatrzył na mnie dziwnie i otworzył usta ze zdziwieniem. Musiałem wyglądać strasznie, cały się trząsłem i czułem, jak krew mi odpływa z twarzy, ale czy mnie to obchodziło?!
— Tak! Zapytał, czy zrobiłbym to, gdybym mógł!
— Muszę pójść po Jamesa — powiedział nagle bezradnie.
— Czekaj! — znów wykrzyknąłem. Syriusz szybko obejrzał się, ale Pokój wciąż był pusty. Czemu go obchodziło, czy ktoś nas usłyszy? Były ważniejsze sprawy! — Potem mówił o Snape’ie! Że wie, co mu się stało!
— Remus… Na pewno źle go zrozumiałeś. — Starał się mnie uspokoić, ale nie udawało mu się. Był bezradny. — Poczekaj, pójdę po chłopaków i porozmawiamy o tym na spokojnie, dobrze?
Znów wstrząsnął mną dreszcz.
— Ja… Ja muszę coś załatwić — szepnąłem tylko i pokiwałem głową.
— Lepiej byłoby, gdybyś tu został, ale… — Wzruszył ramionami. — Bądź tu za chwile, dobra?
Skinąłem głową i wybiegłem z Pokoju, zanim Syriusz zdążył zrobić jeszcze cokolwiek.
Czy musiałem coś załatwić? O tak. I wiedziałem co. Nagle przejaśniło mi się w głowie, jakbym doznał olśnienia, ale… Wiedziałem, co muszę zrobić. To było jedyne wyjście. Jedyne, by to zakończyć. Chciałem tylko być sam.
Przez błonia i wilgotną rosę na trawie, przez duszące powietrze w tunelu i wreszcie w miejscu, gdzie to się zaczęło. Komuś innemu wydałoby się to dramatyczne, że to miejsce wybrałem, ale… Było mi przeznaczone, specjalnie, bym mógł tu spędzać pewien czas sam. No i tu nie mogłem już nikomu zrobić krzywdy.
Zacząłem krążyć po pokoju. Mimo że wiedziałem, co powinienem zrobić, ja… Bałem się. Czy mogłem to uczynić? Ale nie o to się bałem. Bałem się, co o tym pomyślą, bo byli moimi przyjaciółmi… Choć musieli zrozumieć, że nie było innego wyjścia. Tak, domyślą się. Zrozumieją.
Byłem sam i o to chodziło. Teraz tylko wystarczyła odwaga. Inaczej nie mogło się stać i wierzyłem w to.
Zacząłem coś, czego nie potrafiłem powstrzymać. Byłem groźny. Zawsze to wiedziałem, ale teraz… Przekonałem się, jak bardzo. Że nie mogę ufać zwłaszcza sobie, że, jakkolwiek będę się starać, i tak wydarzy się coś, czego będę żałować.
Dla chłopaków byłaby to szansa na nowy początek. To ja ich wplątałem, przeze mnie nie mogli zapomnieć. Kto normalny przyjaźni się z wilkołakiem? To musiała być litość. Teraz mogłem ich uwolnić, by wreszcie żyli tak, jak na to zasługiwali, by nie musieli się kryć w cieniu razem ze mną.
Ale najbardziej żałowałem Lily, ona… Nie zasłużyła na to. Nie ona.
— Szlag! — krzyknąłem i z całą siłą uderzyłem dłonią w ścianę. Ona nie ucierpiała, a po mojej dłoni pociekła krew. Nie ulżyło mi.
Chciałem tylko zostać sam. Nikt nie powinien mi wtedy towarzyszyć, tamtej nocy, i teraz też nie. Była to sprawa między mną a wilkołakiem, który siedział we mnie. Musiał zginąć.
Krążyłem jeszcze chwilę po pokoju, w sumie nie wiem, jak długo. Czas płynął dziwnie, może dlatego, że myślałem o jednym. Chciałem wyć, krzyczeć, zniszczyć wszystko, zrobić sobie krzywdę, cokolwiek, byleby mi ulżyło. Musiałem się w sobie zebrać.
Pod koniec usłyszałem nagle:
— Tu jesteś! Szukaliśmy cię godzinami, a na mapie… — Spojrzenie moje i Syriusza spotkały się. Za nim James i Peter zamarli. Ścisnąłem różdżkę.
Nie tak miało być. Ale musiało się skończyć.
— Remus, czekaj!
Syriusz zaraz wyciągnął różdżkę i zaczął nawet krzyczeć:
— Expellia…
Byłem już pewny.
— Avada…!
Tak. Nie po każdym deszczu wychodzi słońce.
koniec
…nigdy przedtem nie użyłeś Zaklęcia Niewybaczalnego, tak? Musisz chcieć go użyć! Musisz naprawdę chcieć zadać ból…
Bellatrix Black, Harry Potter i Zakon Feniksa